KOMIKS 

Wieczne zło: Wojna w Gotham – Bandziorów utarczki podmiejskie [recenzja]

W Marvelu i DC z niesamowitą regularnością nastaje czas Wielkich Eventów. Zaraz po nim przychodzi moment dopisków i odcinania kuponów. Jedne wychodzą lepiej, inne gorzej. „Wojna w Gotham” plasuje się gdzieś pośrodku i to mimo paru asów w rękawie…
Mogło być epicko, wyszło jak zwykle.

Pierwszemu i najważniejszemu z nich na imię Bane. Z nim jest trochę jak z  Venomem. Napędzany narkotykiem – o dziwnie znajomej nazwie, venom – złoczyńca swego czasu narobił ogromnego zamieszania, złamał Nietoperza i na stałe zapisał się do kanonu DC. Skupiał uwagę charyzmą, wyrazistym wizerunkiem i zwiastował nadejście nowej epoki w komiksach z Batmanem. Tyle, że potem nie było wiadomo, co z nim zrobić i wymagał cholernie dobrych scenarzystów do poprowadzenia. Autor „Wojny w Gotham” zdecydowanie tu nie wystarczał.

Wielka zgraja bandziorów znana jako Syndykat Zbrodni wygrała. Ekipa Lexa Luthora spuściła tęgie lanie Lidze Sprawiedliwości, bohaterowie zniknęli. Pośród zaginionych znajduje się też Batman, który osierocił ukochane Gotham. Pozostawione na pastwę plugastwa, dogorywa pod rządami Pingwina i innych pacjentów z Arkham. Podzielili miasto jak tort, na dystrykty – w każdym wprowadzają chore porządki, oparte na strachu i cierpieniu. Opór stawiają tylko najtwardsi i najofiarniejsi spośród obywateli – Komisarz Gordon i jego podwładni. Sytuacja zmienia się, gdy do akcji wkracza Bane na czele armii naćpanych venomem najemników i oswobodzonych skazańców z więzienia Blackgate. Przybywa z głową pełną wielkich planów wobec Gotham…

Problem w tym, że przez długi czas kompletnie nie czuć charakteru Bane’a. O tym, że jest wielkim taktykiem i w ogóle sprytnym kolesiem, dowiadujemy się jedynie z paru deklaratywnych dialogów, z czego część to autoprezentacja, a reszta pochlebstwa rozmówców, których obwód klatki nie dorównuje obwodowi bicepsu Bane’a. Generalnie budowanie charakteru oparto tu o dosyć oczywiste ekspozycje.

Przez połowę komiksu nasz mięśniak lata po Gotham niczym charyzmatyczny drechol z bandą zaćpanych kumpli i leje lub grozi komu popadnie. Teoretycznie dosyć zręcznie wchodzi w sieć spisków utkanych wokół Gotham, ale Czytelnik raczej tego nie odczuje. Dopiero w momencie, gdy zaczyna kombinować z policją Gotham, dopiero w chwili, gdy przywdziewa strój Batmana, by siać strach wśród wrogów, czujemy, że to ten łotr, który złamał Nietoperza.

Fabularnie „Wojna w Gotham” plasuje się na poziomie „może być”. Prócz ekspozycji mamy tu gadające przy stole głowy snujące intrygi… Dostajemy też oczywiście rozpierduchę. Mnóstwo rozpierduchy. Niektóre z nich wyglądają całkiem spektakularnie, trzeba przyznać i potrafią ukazać drapieżność Bane’a. Tyle tylko, że wszystko opowiedziane jest po łebkach, zdawkowo. W dodatku komiks ten – zarówno w warstwie fabularnej jak i graficznej – sporo czerpie z „Mroczny Rycerz Powstaje” Nolana oraz komputerowej serii Arkham. Samo w sobie nie jest to złym objawem, ale za rzadko rysownicy i scenarzysta mówią własnym głosem. Czasem też jakiś dialog zachrzęści boleśnie…

„Wojna w Gotham” to znośne czytadło ze zmarnowanym potencjałem na naprawdę dobrą akcję. Mogło być epicko, wyszło jak zwykle.

Point Break
Poprzedni

Point Break. Na fali - potworek z rozrywki [recenzja]

pressure-2015
Następny

Pressure – thriller na bezdechu [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz