KOMIKS 

Wieczny Batman #1 – Syndrom komputerowej serii Arkham [recenzja]

Ciekawe pomysły zamknięte w opasłym tomiszczu. Zastęp twórców pod batutą Scotta Snydera. Intensywny proces wydawniczy. Historie i rysunki bardzo różnej jakości. Oto „Wieczny Batman” w dużym skrócie.
Po kilku pierwszych, niesamowicie klimatycznych rozdziałach, mocnej, kryminalnej rozbiegówce, historia zmienia bieg i oblicze. Znowu będzie o ratowaniu całego miasta.

Co jak co, ale o dostępność Batmana na polskim rynku Egmont dba. Wypuszcza zarówno klasyki, jak i możliwie dużo świeżynek. Seria Snydera jest tylko trochę w tyle za wydaniem amerykańskim, „Detective Comics” też w miarę nadąża (nie, żeby była to szczególnie wybitna seria). Teraz przyszedł czas na zaprezentowanie „Wiecznego Batmana”. DC postanowiło poeksperymentować i zaproponowało tygodnik poświęcony Mrocznemu Rycerzowi, pisany przez kilku scenarzystów, ilustrowany z pomocą szwadronu grafików Jak seria się sprawdza? Ma mocne strony, niewątpliwie, ale pojawiło się też sporo zgrzytów (swego czasu Marvel porwał się na coś podobnego przy okazji „Amazing Spider-Man”, ale większość historii tamtego okresu, prócz świetnego „Grim Hunt”, lepiej pominąć milczeniem, więc DC już na starcie jest punkcik do przodu).

„Wieczny Batman” zaczyna z grubej rury. Do Gotham wraca Carmine Falcone, mafiozo pamiętający czasy, gdy te ulice nie miały jeszcze obrońcy. Do miasta przybywa też nowy policjant, zachowujący się jak młodsza kopia Jima Gordona. Zjawia się w samą porę, gdyż zasłużony policjant popełnia błąd, który kosztuje życie i zdrowie wielu ludzi. Tymczasem gdzieś pod Gotham czai się wróg dużo groźniejszy, tajemniczy przeciwnik, sterujący wszystkim z ukrycia.

Po kilku pierwszych, niesamowicie klimatycznych rozdziałach, mocnej, kryminalnej rozbiegówce, historia zmienia bieg i oblicze. Znowu będzie o ratowaniu całego miasta. Zresztą, otwierająca scena sugeruje, że dostaniemy jeden z tych epickich finałów, w których Gotham dramatycznie stoi sobie w ogniu. Po raz nie wiem który. Słowo daję, te mury powinny już przywyknąć i popadać w zdumienie, gdy skala wydarzeń w komiksie okaże się mniejsza.

Przez opowieść przewija się zastęp Bat-rodzinki i tyleż samo przeciwników, z Pingwinem i Killer Crockiem na czele. Gdzieś w tle wybrzmiewają nawet echa śmiechu Jokera. Każdy ma swoje pięć minut, jednak momentami przez taką dywersyfikację fabuła rozłazi się w szwach i traci płynność oraz klimat. Na szczęście trafiają się wątki, które ratują sytuację – tak jak sprawa trawionego poczuciem winy Jima Gordona i wojna gangów.

„Wieczny Batman” serwuje nam też spory przekrój rozmaitych stylów graficznych. Na czoło wysuwa się Jason Fabok, najlepiej kreujący nastrój dynamicznymi, dusznymi i ponurymi kadrami. I generalnie większość rysowników trzyma podobny poziom, z pewnymi wyjątkami. Gdy do akcji wkracza Dustin Nguyen, nagle robi się zbyt jasno, kolorowo i kreskówkowo – choć jeszcze idzie to jakoś znieść. Zupełnie nietrafionym wyborem okazał się natomiast Ian Bentram, prezentujący bardzo odrealnione, przerysowane grafiki, które przedstawiają postaci z ogromnymi, wyłupiastymi oczami. Przywodzą na myśl surrealistyczną baję z Nickoleodonu lub Cartoon Network. Do opowieści o Nietoperzu pasują tak jak Eminem do baletu rosyjskiego.

Wiecie co? Odnoszę wrażenie, że Batmana w „Nowym DC Comics” dopadł syndrom komputerowej serii Arkham. Mianowicie, żaden ze scenarzystów nie próbuje już opowiadać porządnych kryminalnych historii z Nietoperzem. Takiej z pomysłem, klimatem i fascynującym przestępcą. Historii kameralnej, skupionej na pojedynku pokręconych umysłów, doprawionej brutalną walką w ciemnych i dusznych uliczkach Gotham. DC poszło w ilość. Czy to seria Snydera, czy któraś poboczna – zawsze musi iść o ratowanie całego miasta. I „Wieczny Batman” okazał kolejnym komiksem skażonym „Syndromem Arkham”, gdzie kryminał ustępuje miejsca rozróbie na wielką skalę.

Daleko tej historii do „Trybunału Sów” czy „Mrocznego Odbicia”, twórcy nie zawsze panują nad fabułą, widać pośpiech i szwy, a jednak… A jednak opasłe tomiszcze od Egmontu wciąga. Przez większość czasu trzyma w jakim takim napięciu i po prostu przyjemnie się czyta. Potknięcia są zresztą zrozumiałe przy tak szalonym tempie wypuszczania zeszytów. Lista mankamentów jest długa, ale warto dać „Wiecznemu Batmanowi” szansę.

Scream Comics
Poprzedni

Guliweriana - Manary romans z literaturą [recenzja]

Mucha Comics
Następny

Saga tom 4 - najlepszy komiks dla rodziców [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz