KOMIKS 

Wieczny Batman #2 – Ofiara wiecznego pośpiechu [recenzja]

Pierwszy tom „Wiecznego Batmana” wspominam jako niedoskonały, ale sympatyczny eksperyment. Był ciekawym projektem Snydera i jego drużyny, udowadniającym, że na tempo też można tworzyć przyzwoity komiks. Poprzednio jakoś się to wszystko trzymało, teraz – pękło w szwach.
Drugi tom „Wiecznego Batmana” nie należy do najprzyjemniejszych lektur sezonu. Nie cieszy ani serca, ani rozumu, ani nawet oka (pomijając galerię okładek i zeszyty rysowane przez Faboka).
Mamy do czynienia z bezpośrednią kontynuacją wątków z poprzedniej części. Gordon siedzi w więzieniu za przestępstwo, którego – chyba – nie popełnił, jego miejsce zajął młody, ambitny komisarz, który nie jest do końca tym, za kogo się podaje. Batman i reszta nietoperzej rodziny lata po Gotham jak kot z pęcherzem, próbując opanować narastający chaos. W Arkham czai się demoniczna istota, na ulicach dochodzi do zamieszek, zaś gangi prowadzą swoją brutalną grę. Za wszystkim stoi zaś jeden szaleniec – Hush. Niegdyś zdolny chirurg, potomek upadłej rodziny bogaczy, pragnący być jak Bruce Wayne.

Mogła wyjść z tego do bólu klasyczna, ale bardzo fajna i klimatyczna intryga, stawiająca Gotham do góry nogami. Fakt, że w seriach Nowego DC mroczne miasto przechodzi małą rewolucję średnio co tydzień pewnie trochę psułby efekt, ale mimo wszystko historia jakoś by się broniła. Niestety, to, co wcześniej działało, tutaj rozleciało się w drzazgi. Opowieść zawartą w drugim tomie pogrąża kilka problemów. Pierwszym i najważniejszym jest narracyjny chaos. Całość wygląda, jakby „producentowi” Snyderowi wymknęła się spod kontroli. Każdy epizod biegnie w swoją stronę i sprawia wrażenie pisanego na kolanie. Najsmutniejsze jest zaś to, że fabuła wprowadza kilka ciekawych elementów, ale w sposób bardzo pobieżny, zdawkowy i na odczepnego. Stosunkowo mało też Batmana jak na historię z nietoperzem w tytule. Dużo miejsca poświęca się tu wesołej Bat-rodzince, która musi zebrać się do kupy po ciosie, jaki otrzymała podczas „Śmierci Rodziny” Snydera. Tyle, że ich małe zjednoczenie pokazywane jest niemrawo i bez polotu. Z drugiej strony, po drodze dostajemy trochę ciekawej charakterystyki samego miasta. Niektóre sceny robią też niezłe wrażenie i zawracają w stronę brutalnej opowieści detektywistycznej.

Największym problemem jest dobór rysowników. Pomijam już niedopracowanie i błędy w perspektywie ukazywania niektórych scen. Najprawdopodobniej były efektem ogromnego pośpiechu, w jakim powstawała seria. Najbardziej boli mnie brak jakiegokolwiek klimatu przez większą część tomu. Dodatkowo, wielu grafików przedstawia postaci w sposób dość niechlujny, a chwilami wręcz paskudny. Dopiero na koniec wraca MVP tego meczu i ratuje sytuację. Jason Fabock, choć też rysował w pośpiechu, zdał egzamin. Może nie uratował całej rozgrywki, ale przynajmniej strzelił gola honorowego.

Drugi tom „Wiecznego Batmana” nie należy do najprzyjemniejszych lektur sezonu. Nie cieszy ani serca, ani rozumu, ani nawet oka (pomijając galerię okładek i zeszyty rysowane przez Faboka). To przeciętne, chaotyczne czytadło, które zaciera niezłe wrażenie po pierwszym tomie. Wciąż ma przebłyski i wprowadza przynajmniej jedną ważną zmianę do uniwersum Nietoperza, ale można to czytać już chyba tylko z rozpędu.

Tarzan_Legenda
Poprzedni

Tarzan: Legenda - udany powrót Władcy Małp [recenzja]

Broad Green Pictures
Następny

Green Room – drugi kolor: zielony [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz