KOMIKS TEKSTY 

Wieże Bois-Maury – arcydzieło nieoczywiste

Od dwóch lat mamy na komiksowym rynku wysyp tytułów jednego z nestorów europejskiego komiksu – Hermanna. Ukazują się albumy z pojedynczymi historiami, oraz dłuższe serie. Jeśli chodzi o postapokaliptycznego „Jeremiaha”, to jeszcze długa droga przed nami. Możemy natomiast raczyć się już całością „Wież Bois-Maury”, historycznej epopei osadzonej w odpychającym, brudnym, ale przecież jakże fascynującym Średniowieczu.

Osadzenie fabuły w Średniowieczu, to o dziwo jedna z wielu pułapek zastawionych przez autora na czytelnika. Bo czego spodziewamy się po takim miejscu akcji? Chyba głównie tego, co oferuje nam Hollywood, bądź wciągające historyczne powieści. Emocje, zdrady, pojedynki, namiętności, dramatyczne oblężenia zamków i palenie wiosek, Templariusze i Inkwizycja  – słowem esencja mroków Średniowiecza. Wiadomo, że będą się rżnąć (w każdym znaczeniu tego słowa), zabijać, modlić nadaremnie i ginąć ogarnięci bożą bojaźnią lub poczuciem zaszczucia. No i jeszcze potrzebny jest bohater – w „Wieżach Bois-Maury” jest taki, jaki powinien być.  Przemierzający wraz z wiernym giermkiem bezdroża Europy (i nie tylko) błędny rycerz, wypędzony jeszcze w dzieciństwie z należących do niego ziem. Oto on – Aymar de Bois-Maury. Człowiek z zasadami, szukający sposobu na odzyskanie utraconej ojcowizny, tułający się po świecie i wplątujący w przeróżne, ludzkie intrygi. Brzmi bardzo zachęcająco, prawda? No cóż, prawda wygląda tu trochę inaczej.

„Wieże Bois-Maury” to niemal reporterska relacja z tułaczki głównego bohatera, relacja szczera i jeśli chodzi o formę, rzadko w komiksie spotykana.”

Hermann już od pierwszego tomu igra z przyzwyczajeniami odbiorcy. Na starcie serwuje opowieść o zakochanym w chłopce murarzu o imieniu Germain, oskarżonym o zamordowanie rycerza, który  zgwałcił jego ukochaną. To co dzieje się dalej, to idący własnymi ścieżkami dramat, łamiąca schematy opowieść, która stężeniem przyziemności ludzkich losów momentami odrzuca czytelnika. A gdzie w tej historii Aymar? Pojawia sie gdzieś w tle i na dodatek w pierwszych tomach serii nie wygląda wcale na bohatera godnego wielkiej epopei i zapamiętania. Styka się przelotnie z tkwiącym w lochu Germainem, który prosi go o zaopiekowanie się ukochaną, a poza tym rycerz i tak ma własne problemy, między innymi bierze udział w zupełnie bezsensownym pojedynku. Ów tom zatytułowany jest „Babette” – to imię dziewczyny murarza, która w komiksie występuje na bodajże kilku kadrach, jej los jest nie do pozazdroszczenia i ostatecznie znika z historii szybciej, niż moglibyśmy pomyśleć. Kończąc lekturę czytelnik może jedynie westchnąć nad nieprzewidywalnością wykreowanej przez Hermanna opowieści i smutnym losem poszczególnych postaci. Jakże to tak, co to za atrakcje nam tu sprzedano?  Przyziemność, proza życia i tytułowa bohaterka, której praktycznie nie ma?

Moja ulubiona plansza z całej serii, to ostatnia strona czwartego tomu, zatytułowanego „Reinhardt”. Aymar i Olivier, jego wierny giermek, po ciężkiej przeprawie przez ośnieżone góry znowu eskortują rodzinę kupca. W oddali widać zbliżającą się grupkę jeźdźców. Gdy mijają konwój, rozpoznajemy wśród nich niedawnego towarzysza górskiej przeprawy dwójki bohaterów, rycerza Reinhardta. Pędzi przed siebie nie zważając na nic, końskie kopyta rozbryzgują błoto, którego odpryski po chwili Aymar ociera z twarzy. Jeźdźcy znikają w oddali, kolory na kadrach znikają, świat robi się czarno-biały. Moment uchwyconej przez autora, surowej poezji. W całej serii jest kilka takich, czarno-białych kadrów z których jeden –  zapewne często powracające wspomnienie głównego bohatera, czyli wizja uciekającego ze swoich ziem, ośmioletniego Aymara – utkwił mi szczególnie w pamięci. Bo „Wieże Bois -Maury” to przede wszystkim opowieść o samotności. Mimo, że ludzie są tu wciąż razem, razem piją, idą, kradną, to na tym przeważnie nieprzyjaznym dla nich świecie, głównie w samotności cierpią.

Seria wydawałoby się na wskroś realistyczna, a jednak autor zaserwował w niej kilka nadprzyrodzonych elementów.

Jeśli nie liczyć tego przechowywanego w pamięci rycerza obrazu ucieczki z rodzinnych ziem, w zachowaniu Aymara nie widać cierpienia. Ma on bowiem własny, życiowy cel, któremu w pełni się oddaje. Ten cel, to również wizja. Na grzbietach dziesięciu tomów serii widać to, co wciąż tkwi w głowie rycerza – tytułowe wieże rodzinnego zamku. Aymarowi zostało odebrane jego dziedzictwo, jego dzieciństwo, jego szczęście i powód do dumy. Zamiast tego dostał od życia wieczną tułaczkę. „Wieże Bois-Maury” to niemal reporterska relacja z tej tułaczki, relacja szczera i jeśli chodzi o formę, rzadko w komiksie spotykana. Hermann pokazuje nam momenty nudne, niewiele wnoszące do historii Aymara, na równi z tymi fabularnie atrakcyjnymi. Są tu historie, których szczegóły mogą szybko wypaść z pamięci czytelnika, inne z kolei mogą w niej pozostać na długo – razem tworzą uzupełniający się obraz.

To też seria wydawałoby się na wskroś realistyczna, a jednak autor zaserwował w niej kilka nadprzyrodzonych elementów – jak choćby bosa dziewczynka pojawiająca się znikąd wśród śniegów i wskazująca wędrowcom właściwą drogę, czy oniryczno-symboliczne wydarzenia z szóstego tomu, obracające sie wokół wątku potomków Wikingów. Mamy też wątek Krucjat, potraktowany przez autora bez zadęcia, pokazujący tragiczne i w efekcie bezsensowne konsekwencje dla obu stron konfliktu. To wszystko prowadzi nas do ostatniego tomu, w którym Aymar wreszcie posiada środki, dzięki którym może wyprawić się zbrojnie na utracone ziemie. Zamiast wciągającej historii o mszczącym się rycerzu, dostajemy opowieść o jego przepełnionym poczuciem zazdrości, osamotnionym i upijającym się giermku. Taki jest właśnie w całym cyklu Hermann, zachowuje się niczym złośliwy, ale też mówiący prawdę prosto w twarz demiurg.

Gorzka opowieść o Średniowieczu, pełna brudu, ludzkich słabostek i sięgających bruku ideałów, przyziemna mieszanina „Odysei” i „Don Kichota”.  Nie ma tu patosu, nie ma wzniosłych uczuć, są brzydcy ludzie i ich podłe postępki.

Cała seria to właśnie tego rodzaju opowieść, złożona z pojedynczych strzępów życia.  Czytamy o tym, co w podobnych historiach dzieje się zazwyczaj gdzieś między kadrami. Dostajemy gorzką opowieść o Średniowieczu, pełną brudu, ludzkich słabostek i sięgających bruku ideałów, przyziemną mieszaninę „Odysei” i „Don Kichota”.  Nie ma tu patosu, nie ma wzniosłych uczuć, są brzydcy ludzie i ich podłe postępki. Owszem,  można z takiego materiału wykuć atrakcyjną fabularnie opowieść, ale Hermann wcale nie ma zamiaru tego czynić. To rodzaj świadomie wykreowanego, autorskiego paradoksu, który traci jednak swoje znamiona, gdy zabierzemy się za lekturę całości serii, najlepiej za jednym zamachem. Niektóre wątki nagle się klarują, niektóre pozostają niedopowiedziane tak, jak były. Niewiele jest fragmentów przyprawiających o szybsze bicie serca, są za to takie, które mocno przemawiają symboliką. Poszczególne historie mogą miejscami nudzić, bo odarto je ze wszystkiego za co kochamy popkulturę, z drugiej strony mamy tu wszystko, co w popkulturze dzisiaj rządzi, na czele z szaleństwem i ucinanymi kończynami. Liczy się efekt końcowy. Podczas lektury ostatnich stron „Wież Bois-Maury”  czujemy wszechogarniający smutek. Smutek, który jakimś cudem znika wraz z ostatnim kadrem.  No właśnie – kadry.

Kiedy zna się już całość „Wieże Bois-Maury”, można zrobić jeszcze jeden eksperyment. Można je po prostu obejrzeć, nie czytając. Pstrokate kolory z biegiem przewracanych kartek będą się zmieniać, wyszlachetnieją. Zmieniał  będzie się też Aymar, z brzydala z krzywym nosem przeobrazi się w iluzję samego siebie, w kogoś, kogo od początku chciał widzieć czytelnik w roli głównego bohatera. I tym samym będzie przypominał każdego z nas, bo przecież wszyscy mamy własną, najczęściej niezgodną z rzeczywistością wizję samych siebie, oraz jakiś konkretny, życiowy cel. Wzniosły lub przyziemny. I realizujemy go za wszelką cenę, nawet ze świadomością, że los częściej niż miałby nam sprzyjać, po prostu z nas sobie kpi. Tak samo w Średniowieczu, jak w dwudziestym pierwszym wieku.

Egmont
Poprzedni

Batman: Mroczne odbicie - w starym dobrym stylu [recenzja] [komiks]

Egmont
Następny

Cyrrus-Mil - świadectwo niezwykłego talentu [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz