KOMIKS 

Wolverine: Geneza II – dzikość serca na bis [recenzja]

Człowiek czy zwierzę? To pytanie przewija się bardzo często w historiach o Wolverinie, zwłaszcza w solowych przygodach, gdzie antybohater ma najwięcej miejsca na zarezentowanie Czytelnikowi swoich wątpliwości. Dylemat ożywa na kartach komiksu Kuberta i Gillena.
„Geneza II” to klasyczny Wolverine, który niewiele wnosi do postaci, ale jeśli nie szukamy nie wiadomo jakiego zaskoczenia – dostajemy solidną historię.

Marvel najchętniej zajeździłby biednego Wolverine’a. Wydawnictwo zadbało, by kura znosiła złote jaja dawno po zarżnięciu – w „Death of Wolverine” – wracając do przeszłości. O dawnych starych opowiada właśnie „Wolverine: Geneza II”.

James Howlett po tragicznych wydarzeniach z pierwszego tomu postanowił żyć jak zwierzę – w dziczy, pośród wilków. Stado go zaakceptowało i Logan żył szczęśliwie, jak pustelnik tańczący z wilkami. Do czasu aż na drodze watahy stanął zły niedźwiedź i jeszcze gorsi ludzie. A wszystko utrzymane w klimacie ośnieżonej północy – przynajmniej do czasu.

To komiks, który przywraca nam wspomnienia o takich pisarzach, jak Jack London, składających swoją twórczość na ołtarzu natury. „Geneza II” zaczyna od nastrojowych kadrów prezentujących dziką naturę, w którą z butami wkraczają ludzie, pokolenie zdobywców. Początek kryje w sobie dużo surowego uroku. Tym większa szkoda, że w końcu okazuje się opowieścią o starciu z szalonym naukowcem, który fanom „X-Men” nie będzie obcy. Na plus należy zaliczyć fakt, że wątek ten sprawnie poprowadzono w stronę gorzkiej puenty.

Problem w tym, że Kieron Gillen to nie Paul Jenkins (autor pierwszej „Genezy” i zupełnie przy okazji jeden z bardziej niedocenionych scenarzystów Marvela, ostatnio przewijał się przez łamy „Spawna”). Ten pierwszy opowiada historię sprawnie i emocjonalnie, brakuje tu jednak świeżości, polotu i wyczucia postaci, jakim odznaczał się Jenkins. Opowieść kryje w sobie nawet jakąś głębię emocjonalną, tyle że wszystkie te motywy w historiach o Rosomaku ograno już po wielokroć. Zaszczucie „królika doświadczalnego”, starcie ludzkiej i zwierzęcej natury, samotność. „Geneza II” to klasyczny Wolverine, który niewiele wnosi do tej psotaci, ale jeśli nie szukamy nie wiadomo jakiego zaskoczenia – dostajemy solidną historię.

Całość podbijają jednak znakomite rysunki Kuberta. Perfekcyjnie ukazują dzikość natury i zgrywają się z surową, prostą opowieścią. Czujemy ten mróz, tę bezwzględność przyrody. Kreska świetnie sprawdza się też podczas scen akcji. Rysunki mają swój charakterystyczny nerw, potrafią być agresywne – pod tym względem album bardzo celnie oddaje naturę przygód Wolverine’a.
Sztampę scenariusza zaszpachlowano też kilkoma intrygującymi postaciami. Przoduje w tym dwójka łowców, Clara oraz mężczyzna o znajomo brzmiącym nawzisku Creed. Ich relacja jest niejednoznaczna, chwilami toksyczna, chwilami czuła. Sytuację skomplikuje pojawienie się Wolverine’a.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie poczucie zmarnowanego potencjału. Mieliśmy świetnego rysownika, niezłego scenarzystę – i przede wszystkim legendarnego bohatera, który w dobrych rękach zmienia się w wysokooktanowy motor napędowy porywających, nietuzinkowych historii. Tymczasem wyszło zaledwie dobrze, przyzwoicie. Letnio.  A może po prostu Rosomak już się trochę zgrał i wszyscy wiemy, czego się po nim spodziewać?

nad morzem recenzja
Poprzedni

Nad morzem - Ambitna porażka Angeliny Jolie [recenzja]

WAB
Następny

Balistyka – życie na prowincji [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz