KOMIKS 

Wolverine i X-Men #1: Cyrk przybył do miasta – superbohaterszczyzna dość nietypowa [recenzja]

Nie sądziłem, że komiksy Jasona Aarona przyjdzie nam czytać począwszy od jego dorobku superbohaterskiego. Niemniej scenarzysta takich sensacyjnych hitów jak „Scalped” i „Southern Bastards” nawet z tego gatunku potrafi wykrzesać zupełnie nowe iskry.

Warto poznać tę nieco jaśniejszą stronę pisarstwa Aarona, który jest obecnie jednym z najbardziej cenionych scenarzystów w amerykańskiej branży komiksów.

Zacznijmy od tego, że „Cyrk przybył do miasta” jest piątym albumem w serii „Wolverine i X-Men”, z tymże właśnie od tego woluminu rozpoczęła się tzw. era „Marvel NOW!”. Szkoda, że Egmont nie zdecydował się wydawać jej od samego początku, ponoć to bardzo dobre opowieści, które specjalnie nie przeszkadzałyby w odbiorze tego niby odświeżonego uniwersum, tym bardziej, że „Cyrk…” jest ich bezpośrednią kontynuacją. Ale i tak, jako samodzielna całość tom ten sprawdza się całkiem nieźle.

Po wielkich wydarzeniach związanych z mocą Phoenix (szerzej opisanych we wstępie oraz w „All-New X-Men”) szkołą im. Jean Grey zarządzają obecnie Kitty Pride i Wolverine, którzy zamiast brać udział w chwalebnych misjach ratowania świata, skupiają się na wychowaniu coraz to większej grupy nowych mutantów. O dziwo edukacja niesfornych dzieciaków okazuje się znacznie bardziej wymagającym zajęciem niż kopanie tyłków złoczyńcom. Tym bardziej gdy do miasta przybędzie cyrk zarządzany przez nieśmiertelnego mściciela i roztaczający nad sobą mistyczną aurę, która miesza w głowach wszystkim dorosłym.

Trzeba przyznać, że Jason Aaron to zdolniacha, raz że serwuje dość nietypową superbohaterszczyznę, w której główną rolę odgrywa fajnie ograny mit Frankensteina, a dwa, ma talent do prowadzenia opowieści z wieloma zróżnicowanymi postaciami, z których praktycznie każda jest w stanie w jakiś sposób dotrzeć do czytelnika. Trzecia sprawa to świetny, niewymuszony humor, czy to słowny (doskonale zabawne sceny rekrutowania nowego nauczyciela, w których prym wiedzie nie kto inny jak Deadpool), czy sytuacyjny (m.in. jedna scenka podczas walki Angela z nowym Srebrnym Samurajem, czy też Wolverine w przebraniu klowna). Wszystko to w połączeniu z wartką narracją, trzymającą w napięciu akcją i lekkim młodzieżowym stylem sprawia, że „Wolverine i X-Men” wart jest zapoznania. Tym bardziej, że album jest mimo wszystko przyjazny dla nowych czytelników i kusi oprawą graficzną w wykonaniu Nicka Bradshawa, który całe szczęście narysował zdecydowaną większość rozdziałów tej historii.

Nim na naszym rynku pojawią się ciężkie od depresyjnej atmosfery „Scalped” i „Southern Bastards” warto poznać tę nieco jaśniejszą stronę pisarstwa Aarona, który jest obecnie jednym z najbardziej cenionych scenarzystów w amerykańskiej branży komiksów.

ZF Kamera
Poprzedni

„Rękopis znaleziony w Saragossie” czyli jak przeżyć życie

Amazon
Następny

Hand of God - Śledztwo z udziałem Boga [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz