KOMIKS 

XIII #21: Przynęta – thriller zbyt dosłowny [recenzja] [komiks]

Wydawnictwo Taurus Media nie zwalnia tempa. Fani przez długi czas nieobecnej na naszym rynku  „XIII”, czyli jednej z najpopularniejszych europejskich serii komiksowych wreszcie nie mają powodów do narzekań – do księgarń trafiła kolejna, po niedawnym „Dniu Mayflower” odsłona cyklu, zatytułowana „Przynęta”. 

Z tymi brakiem powodów do narzekań być może wyszedłem przed szereg. Trzeba z pewnością cenić regularność, z jaką Taurus Media wydaje „XIII” i przede wszystkim fakt, że wydawnictwo nie ograniczyło się do głównego cyklu, ale wznowiło również przerwany przez Egmont spin-off. Ponarzekać zaś można na samą jakość tworzonej już nie przez Van Hamme’a, tylko przez Yvesa Sente  historii. Na działania scenarzysty od dłuższego czasu patrzyli wilkiem fani „Thorgala”, bowiem zaprowadził on cykl o dzielnym Wikingu w mocno nieprzewidywalne rejony i koniec końców został z pisarskich obowiązków zwolniony. Jeśli chodzi o „XIII”, to Sente na pewno dobrze zaczął. W stanowiącym rodzaj nowego otwarcia „Dniu Mayflower” sprawnie zawiązał nową intrygę, skupił się na wciąż nierozwiązanych tajemnicach z przeszłości Jasona Mac Lane’a, dokładając sięgającą setki lat wstecz zagadkę. Do gry wkroczyła tajemnicza, stojąca za pamiętnym z początków serii „spiskiem dwudziestu” Fundacja i w efekcie „numer XIII” znowu musi uciekać i znowu giną wokół niego niewinni ludzie.  W „Dniu Mayflower” akcja ze strony na stronę nabierała szybkości i rozmachu i nagle w kolejnym tomie siadło nie tylko tempo, ale i wiarygodność fabuły, wpychając bohaterów w sidła stereotypowej rozgrywki.

 

W „XIII” mamy  do czynienia z inspirowanym pisarstwem Roberta Ludluma paranoicznym thrillerem, gdzie wszystko może się zdarzyć, ale to „wszystko” czasami traktowane jest zbyt dosłownie.

Z okładki „Przynęty” patrzy na nas zza krat atrakcyjna major Jones. Dlaczego zza krat? Otóż, aby dotrzeć do ukrywającego się numeru „XIII”, Fundacja decyduje się na zaaranżowanie porwania tej przybywającej obecnie na służbie w Afganistanie, jednej z najważniejszych kobiet w życiu Jasona. Przecież wiadomo, że gdy tylko ten dowie się o niebezpieczeństwie zagrażającemu dzielnej Jones, natychmiast ruszy jej na pomoc. Tak się też dzieje, następnie mamy kilka dość przewidywalnych twistów i w efekcie większą uwagę czytelnika przyciąga wątek poboczny. Związany jest on z nieco kuriozalną dla całej serii postacią Betty Barnowsky, która wraz z mężem, markizem de Preseau pojawia się od czasu do czasu w życiu numeru XIII. Betty służyła kiedyś w SPADS, rodzaju amerykańskich jednostek specjalnych i bardzo cieszą obrazki, kiedy ta wydawałoby się bardziej urocza, niż zabójcza kobieta, prowadząc śledztwo w sprawie przeszłości Jasona radzi sobie bez mrugnięcia okiem z dwójką mafijnych oprychów. Śledząc poczynania Betty odpoczywamy od z lekka napuszonego, patetycznego wątku przebywającej w niewoli major Jones, ale też ogarnia nas poczucie pęknięcia tej historii. Bo do końca nie wiadomo, czy ma być poważnie i tragicznie, czy też parodystycznie i kuriozalnie i to nie tylko za sprawą poczynań Betty, ale też z pojawiających się ni stąd ni zowąd w miasteczku Bar Harbor, paraliżujących działania policji grupki mafiosów.  „XIII” bowiem od czasu do czasu cierpi na syndrom oderwania się od rzeczywistości, nawet jeśli jest to rzeczywistość paranoicznego thrillera. To zdarzało się już u Van Hamme’a, którego piętrowe intrygi przekraczały momentami gatunkowe ramy.  I owszem,  w  przypadku „XIII” mamy  do czynienia z inspirowanym pisarstwem Roberta Ludluma paranoicznym thrillerem, gdzie wszystko może się zdarzyć, ale to „wszystko” czasami traktowane jest zbyt dosłownie, jak jest to choćby w przypadku zawiązania wydumanej intrygi, która doprowadziła do porwania major Jones. Niemniej, mimo tych narzekań czekam na kolejny album, bo wciąż czerpię z lektury „XIII” sporą dozę przyjemności. Ta sensacyjna wersja opowieści o odpowiedniku Kaspara Hausera ma w sobie po prostu coś uzależniającego. Wbrew pozorom, nie chodzi w niej jedynie o emocjonującą, wybuchową rozrywkę, ale także o smutny los człowieka, który w przeciwieństwie do wielu z nas chciałby wieść życie przeciętniaka, a splot życiowych okoliczności zaserwował mu rolę nieprzeciętnego bohatera. Ech, jakież to po ludzku przewrotne…

Manglobe / Dzika Banda
Poprzedni

Gangsta. - męskie, gangsterskie anime [recenzja] [serial]

Toei Animation
Następny

Dragon Ball Super - powrót kultowego anime [recenzja] [serial] [anime]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz