KOMIKS 

XIII # 22: Powrót do Greenfalls – kolejne tajemnice z przeszłości [recenzja]

Okładka najnowszego tomu „XIII” znakomicie obrazuje obecne położenie głównego bohatera cyklu. Oto Jason Mac Lane ponownie stał się niemal bezwolną marionetką, wciąż mieszających w jego życiu, wyższych sił.
Prawda jest taka, że bez głębokiej eksploracji przeszłości nie obędzie się w popkulturze żadna, istotna teoria spiskowa. Do czasów pierwszych kolonii na północno-amerykańskim kontynencie cofali się choćby twórcy cyklu „100 naboi” i w „XIII” Sente powiela ów motyw.

Poprzednia część serii, „Przynęta„, nie kończyła się dobrze dla jej pozytywnych bohaterów. Najpierw mieliśmy nieudaną próbę odbicia porwanej przez „terrorystów” major Jones i późniejszą, również nieudaną próbę ucieczki. Na pierwszej planszy „Powrotu do Greenfalls” numer XIII, razem z generałem Benem Carringtonem i piękną panią major znowu siedzą za kratkami i to w dość nieprzyjaznej okolicy, gdzieś na pograniczach Afganistanu i Pakistanu. Więziony przez tajemniczą organizację Mac Lane po raz kolejny odmawia współpracy, ale przeciwnicy znają jego słabe strony. Kiedy zagrożone jest życie niewinnych, przypadkowych osób wiadomo, że szlachetny Jason weźmie odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo. Skutecznie szantażowany, zgadza się na przeszmuglowanie go z powrotem do USA (w jaki sposób – widzimy dokładnie na okładce), a tam, wyselekcjonowani specjaliści ponownie zabiorą się za wyciąganie z jego głowy ukrytych wspomnień. Wciąż bowiem pozostają nieznane fakty z czasów dramatycznego dzieciństwa Mac Lane’a i stąd też tytuł albumu – rzeczywiście wracamy, raz za sprawą ujawnionych wspomnień, dwa za sprawą również podążającej tropem przeszłości bohatera Betty Baranowsky, do Greenfalls, miasteczka znanego przełomowych dla całej serii tomów: „Akta Jasona Fly” i „Nocą 3 sierpnia”

Grzebanie w odległej przeszłości może tak naprawdę zaprowadzić nowych  twórców w dwie strony. Szperanie zaczynał  już wcześniej Jean Van Hamme, który w „Trzech srebrnych zegarkach” rozciągnął fabułę poza lata życia numeru XIII, prezentując w tym albumie tajemniczą historię o jego protoplastach. Niedawno, w „Dniu Mayflower”, nowy scenarzysta, znany ze szczególnego namieszania w świecie „Thorgala” Yves Sente, poszedł jeszcze dalej, wiążąc życiorys głównego bohatera z ojcami pielgrzymami Ameryki. Okazuje się, że była to dopiero rozgrzewka, bowiem w „Powrocie do Greenfalls” scenarzysta opowiada jednocześnie dalszy ciąg i zarazem nową wersję tejże historii z dalekiej przeszłości. I dzięki temu, dowiadujemy się nareszcie, czego tak naprawdę chce od numeru XIII i kogo reprezentuje stojąca za ostatnimi wydarzeniami, tajemnicza organizacja.

Prawda jest taka, że bez głębokiej eksploracji przeszłości nie obędzie się w popkulturze żadna, istotna teoria spiskowa. Do czasów pierwszych kolonii na północno-amerykańskim kontynencie cofali się choćby twórcy cyklu „100 naboi” i w „XIII” Sente powiela ów motyw, a to w rzeczywistości dosyć niebezpieczna droga. Można bowiem poprowadzić fabułę tak, aby wciąż zachowywała pozory wiarygodności, ale jest też inna ścieżka – totalnego zapętlenia i rozbijania kolejnych struktur fabularno-historycznej rzeczywistości. Sente wydaje się być nie do końca zdecydowany, w którą dokładnie pójść stronę i tym samym stoi rozkrokiem między zachowaniem wewnętrznej struktury opowieści, a uderzeniem w totalny, świadomy pastisz – bo tak powoli zaczyna wyglądać, wciąż odkrywana historia numeru XIII.

Ważne, że kultową serię wciąż dobrze się czyta, te nowe, odkrywane tajemnice wzbudzają autentyczną ciekawość. Trochę cierpi na tym akcja i napięcie, ale akurat te elementy, przewodnie dla poprzedniego tomu, specjalnie sie w nim nie sprawdziły. Co prawda, w „Powrocie do Greenfalls” Sente też zaczyna z grubej rury – masakra na niewinnych cywilach i emocjonalny szantaż któremu poddany jest Mac Lane, gdy pod ręką, w celi,  są najdrożsi mu towarzysze, są elementami wybitnie nieracjonalnymi i dodatkowo sprawiającymi, że scenarzysta zaczyna „słynąć” z takich zagrywek. W ogóle, skomplikowaniem fabuły oraz  tworzeniem i ujawnianiem kolejnych tajemnic, „XIII” kojarzy się coraz mocniej z serialowymi wzorcami. Jeśli miałaby pójść drogą „Skazanego na śmierć”, w którym w kolejnych sezonach twórcy ze śmiertelną powagą budowali obraz niedorzecznego spisku i powielali coraz bardziej śmieszące widzów przygody bohaterów, to będzie źle. Lepszym wzorcem jest tu nowsza „Czarna lista”, podążająca w stronę wielopiętrowego, błyskotliwego i kiedy trzeba udającego powagę pastiszu, w którym wszystko staje się możliwe głównie za sprawą rewelacyjnie nakreślonej i zagranej przez Jamesa Spidera roli Raymonda Reddingtona.  „XIII” balansuje ostatnio między nakreślonymi powyżej opcjami, wciąż dostarcza sporej porcji emocjonującej rozrywki, ale momentami ma się wrażenie, że jest jej niebezpiecznie blisko do szpiegowskiej wersji „Dynastii”. A takiego obrotu spraw, fani przygód Jasona Mac Lane’a z  pewnością by nie chcieli.

SQN
Poprzedni

Wigilijne psy [patronat]

In Rock
Następny

Ja, Ozzy - przezabawna autobiografia Księcia Ciemności [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz