KOMIKS 

Y – ostatni z mężczyzn tom 2 – Ciągle w drodze [recenzja]

Seria Briana K. Vaughana „Y” narobiła swego czasu sporo rabanu. Była nie tylko ciekawym spojrzeniem na apokalipsę i brutalną, zabawną opowieścią drogi, ale też celną satyrą, wkurzającą przynajmniej kilka środowisk. Tom drugi podtrzymuje ten trend, więc zapnijcie pasy i szykujcie się na dziką jazdę po Ameryce.
To wciąż ta uszczypliwa satyra, w której przebrzmiewa histeryczny śmiech autora, wywołany celnymi obserwacjami o zjawiskach, które już w jakiejś formie zaistniały.

Eskapada Yoryka, niewydarzonego studenta literatury angielskiej, oraz jego żeńskiej obstawy przez Stany Zjednoczone trwa. I rozkręca się na dobre. Dramatyczne perypetie, które przeżyli poprzednio, okażą się jedynie delikatną rozbiegówką w obliczu absurdów i tragedii, którym stawią czoła teraz. Rozwścieczone kowbojki, kwestia astronautów, aktorki z objazdowego teatru, kobieca milicja blokująca autostradę – to tylko wierzchołek góry lodowej.

Od czasu, gdy mężczyźni wyginęli niemal do nogi minęła już chwila i kobiety zdążyły się przeorganizować – ale bynajmniej nie w sprawnie działające społeczeństwo. Za sprawą drugiego tomu „Y” dostajemy do rąk bilet na wycieczkę po krainie szalonej i spustoszonej, bo pozbawionej kilku odmiennych punktów widzenia – zarówno tych dobrych, jak i złych, ale innych, wprowadzających pewną różnorodność i balans. Bo o tym w gruncie rzeczy przez cały czas traktuje „Y”, przeskakując ponad podziałami na feministki, szowinistów i całą resztę skrajnych wariacji. Opowiada o poszukiwaniu równowagi w świecie, który został jej pozbawiony. I robi to w bardzo sprawny sposób. To wciąż ta uszczypliwa satyra, w której przebrzmiewa histeryczny śmiech autora, wywołany celnymi obserwacjami o zjawiskach, które już w jakiejś formie zaistniały. Scenarzysta bierze na warsztat zwłaszcza fanatyzm, tak często rozkwitający w sytuacjach ekstremalnych. A że sprzedaje całość jako rozrywkowe post-apo drogi ze zwartą fabułą, to należy zaliczyć tylko na plus.

Scenariusz trzyma tempo, dygresje i poboczne opowieści wzbogacają poprzestawiany do góry nogami świat, ale prawdziwą solą tej ziemi są bohaterowie pierwszo- i drugoplanowi. Zarówno postaci pojawiające się na chwilę, jak i protagonistów (z przewagą protagonistek) nakreślono wyraźną kreską, uzbrojono ich w mocne i różnorodne charaktery – nawet jeśli ktoś po chwili znika z kadru, to go zapamiętamy. A na arenie pojawiło się też kilka krewkich dziewcząt, które zostaną z nami na dłużej.

Kreska zachowuje poziom „średniej amerykańskiej”. Mamy zatem do czynienia z przeciętną, ale przyjemną dla oka grafiką, dzięki której płynnie i bez zgrzytów śledzimy historię.

Drugi tom Y trzyma poziom poprzednika – to w gruncie rzeczy następny przystanek w tej samej podróży. Dlatego jeśli zaintrygował Was początek tej historii, po najnowszy album sięgnijcie koniecznie.

DC Entertainment
Poprzedni

Batman: Zabójczy żart - psychodeliczna zabawa [recenzja]

Universal Music Polska
Następny

Brave Enough - wszystko za co kochamy Lindsey Stirling [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz