KSIĄŻKI 

Bazar złych snów – Stephen King, historia choroby [recenzja]

Zachorowałem latem 2004 roku i pierwsze objawy nie zwiastowały jeszcze katastrofy. Zaczęło się od powieści „RoseMadder” i „Bezsenność”, przeczytanych jedna po drugiej w malowniczych okolicach nad jeziorem, którego nazwy nie pamiętam. Pamiętam za to sceny z obydwu książek i imiona ich głównych bohaterów. Niedługo później wyniki zaczęły się pogarszać. Po kilku kolejnych powieściach przyszła największa fala gorączki w postaci pierwszych tomów siedmioczęściowego cyklu „Mroczna Wieża”. Od tamtej pory leczę się głównie objawowo. Okresy abstynencji trwają kilka miesięcy, rok, czasem dwa. Atak przychodzi nagle i nie puszcza przez sześć, siedem powieści, czytanych ciągiem, jedna za drugą. Z karty choroby wynika, że mam 33 lata i przeczytałem 47 książek Stephena Kinga. Fora internetowe miłośników Króla Horroru z Maine jasno wskazują, że choroba dotknęła nie tylko mnie.

Jest sympatycznie, krwawo, trochę strasznie i trochę niezręcznie, ale przede wszystkim ciekawie i zajmująco.

Pisząc średnio dwie książki rocznie, sześćdziesięcioośmioletni King wcale sprawy nie ułatwia. W księgarniach pojawiło się właśnie kolejne opasłe tomiszcze pod wiele mówiącym tytułem „Bazar złych snów”. Tym razem jest to zbiór opowiadań, w większości publikowanych już w antologiach i na łamach popularnych czasopism. Mamy tu historię o krwiożerczym samochodzie (skądś to znamy), opowieści o mordercach, relacje świadków makabry i typowe horrory. Czytamy opowiadania nijakie (na przykład „Śmierć” czy „Moralność”), dziwaczne („Pan Ciacho”, „Zielony bożek cierpienia”), i napędzające stracha („Wredny dzieciak”, „Nekrologi”), są też dwa wiersze, udowadniające, że od poezji autor „Lśnienia” powinien jednak trzymać się z daleka. Tekst pod tytułem „UR”, za który King zebrał kiedyś cięgi od krytyków, twierdzących, że to nic innego, jak reklama Kindle’a, rzeczywiście przypomina reklamę Kindle’a, ale jednocześnie stanowi wyjątkową gratkę dla fanów cyklu „Mroczna Wieża”. Najlepsze opowiadanie, „Letni grom”, autor zostawia nam na sam koniec – to najmocniejszy cios w tej chaotycznej, ale przeważnie widowiskowej walce.

W „Bazarze złych snów” wszystko jest więc ze sobą dziwacznie wymieszane, a nazwa zbioru wydaje się trafiona, bo mamy do czynienia z ofertą pod wieloma względami różnorodną, jednak większość zgromadzonych tu tekstów to stary dobry King, bezpretensjonalnie wciągający nas w swoje opowieści z dreszczykiem. Jest sympatycznie, krwawo, trochę strasznie i trochę niezręcznie, ale przede wszystkim ciekawie i zajmująco.

Bazar złych snów” jest literackim odpowiednikiem tabliczki mlecznej czekolady. Po spałaszowaniu jednej kostki czujemy przymus, żeby natychmiast rzucić się na kolejną, aż w końcu z wyrzutami sumienia łapiemy się na tym, że wszystko już zjedzone.

Czterdziesty siódmy King za mną, choroba trwa w najlepsze. Lektura „Bazaru złych snów” utwierdza mnie w przekonaniu, że na całkowite wyzdrowienie raczej nie mam co liczyć.

Timof i cisi wspólnicy
Poprzedni

Najdłuższy dzień przyszłości - ciężki dzień w pracy [recenzja]

Warner Bros
Następny

Hidden - Osaczeni strachem [recenzja]

Jakub Małecki

Jakub Małecki

Jakub Małecki - urodzony w 1982 roku w Kole – pisarz, autor książek: Błędy (2008), Przemytnik cudu (2008), Zaksięgowani (2009), Dżozef (2011), W odbiciu (2011), Odwrotniak (2013) i Dygot (2015).
Napisał rownież kilkanaście opowiadań ogłoszonych w prasie i w antologiach. Przełożył z języka angielskiego wiele pozycji, między innymi Brudne wojny Jeremy’ego Scahilla, Paryż wyzwolony Antony’ego Beevora, Moją prawdę Mike’a Tysona i zbiór korespondencji pod tytułem Listy niezapomniane. Publikował w „Newsweeku”, „Polityce”, Angorze”, „Znaku”, „Nowej Fantastyce” i „Tygodniku Powszechnym”.
Laureat nagrody Śląkfa w kategorii „Twórca roku”, dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz