KSIĄŻKI 

Bez znieczulenia – Idealna satyra na trzeźwo [recenzja]

Juliusz Wojciechowicz stworzył obraz dziwnej, niepokojącej, ale i bliskiej dla nas wszystkich krainy. Współczesnej Polski skąpanej niekiedy w oparach absurdu, (nie)codziennej grozy, która posiada również niesłabnącą tajemnicę. Czy można ją poznać „Bez znieczulenia”?

Ale najpierw… Krótkie pytanie. Czy autor rzeczonego zbioru opowiadań stworzył, a może raczej odtworzył istniejący fragment rodzimej rzeczywistości? Biorąc pod uwagę, że elementem esencjonalnym dla całej książki jest pojęcie groteski, można byłoby przyjąć, że jest to tylko pewna literacka wizja. Sprytna kreacja zdeformowanej prawdy. Tyle że opracowana na tyle sugestywnie i autentycznie, iż sprawia szalenie niepokojące wrażenie. Ku uciesze czytelników, a niezadowoleniu bohaterów.

Bo jest w tych opowiadaniach przekleństwo, satyra, czarny humor. Tragedia i komedia równocześnie. Choćby w przewrotnym teksćie otwierającym, czyli „Dziwny jest ten świat”, gdzie literat-samotnik ukrywa się przed własną sławą, aby później – w przypływie szaleństwa, za sprawą nadmiernej imaginacji, a może jeszcze czegoś innego – zobaczyć swoje odbicie. Skrajnie różne, tylko czy prawdziwe? Bywa zatem psychodelicznie.

Jednak nie tylko jednostki, ale także w pewnym sensie społeczeństwo jest bohaterem tego literackiego przekładańca. Między innymi „Chwyt marketingowy”, a więc historia, w której – zgodnie z treścią – „tylko że teraz jest zupełnie na odwrót; to cuda czynią wiarę”. Co zatem z działaniami Mesjasza? Czyżby i one miały stracić na atrakcyjności? A i „Konkurs” – konsumpcyjno-medialna szopka – pozostawia z poczuciem, że ideały nie istnieją.

Referowanie poszczególnych opowieści mija się jednak z celem. Wojciechowicz zaproponował bowiem trzydzieści sześć tekstów, krótkich i dynamicznych, które działają jak literackie szociki. Idealnie, z wyczuwalnym znawstwem odmierzono w nich proporcje, przez co jest pieprznie, wyraziście, bezkompromisowo. Czy po wszystkim odczuwalny jest, kontynuując pubową terminologię, moralniak? Ano bywa, bo pod groteskową formułą nierzadko kryje się naga prawda o tym co w ludziach słabe, grzeszne, potworne.

Co by nie mówić, jest to jednak piękne przedstawienie. A może bardziej: ujmujące, bo piękno w świecie „Bez znieczulenia” istnieje w ilościach śladowych. Wojciechowicz dysponuje świetnym, wyrazistym stylem i pewną ręką, którą podpisuje się w efektowny sposób. Dobra rytmika, celne frazy, mocna ironia, a także zapadające w pamięć puenty. Można się w ten świat wgryźć, odpowiednio ustosunkować, następnie zaś zrozumieć. Lub przynajmniej próbować.

Autor znany między innymi z antologii „Hardboiled” czy „Pokłosie” ma potencjał i zadatki, aby mówić o nim jako przyszłym mistrzu krótkiej formy. „Bez znieczulenia” po prostu działa – przede wszystkim jako satyra. Taka wysokoprocentowa, wstrząśnięta i zmieszana, w której mętnie odbija się obraz Polski. O tej damie zawsze warto jest pisać, zwłaszcza w tak nieoczywisty sposób.

NO mans sky
Poprzedni

Najciekawsze gry niezależne [ranking]

hellsing.dvd.3
Następny

Hellsing - kultowe anime o najsłynniejszym wampirze [recenzja]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz