KSIĄŻKI 

Blizna – sentymentalna podróż z RHCP [recenzja]

Jedna z najlepszych książek biograficznych, jakie ukazały się na rynku w tym wieku. Burzliwe losy Anthony’ego Kiedisa, wokalisty Red Hot Chili Peppers to z jednej strony wstrząsający zapis konsekwencji  rock’n’rollowego życia, z drugiej niebywale zabawna i energetyczna opowieść o życiu w samym sercu Hollywood. Ale przede wszystkim to historia narodzin gwiazd, pokazująca ile bólu i wyrzeczeń kosztuje kariera.  

To już chyba trzecie wydanie „Blizny” w Polsce. Pamiętam reakcje prasy (zwłaszcza tej brukowej) kiedy książka miała swoją premierę w 2004 roku. Przez media przetoczyła się radosna burza, a pisma plotkarskie prześcigały się w wyciąganiu co ciekawszych i pikantniejszych plotek. Bo faktycznie – Kiedis w przeciwieństwie do wielu rockmenów publikujących wspomnienia, na kartach „Blizny” nie tylko opowiada ze szczegółami o życiu (i pożyciu) gwiazd, ale przede wszystkim – nawet na moment nie próbuje się wybielać.

Jest zatem „Blizna” zapisem i wzlotu zespołu, trudnej drogi ku sukcesowi, ale i opowieścią o brutalnym zderzeniu z ziemią. Narkotyki, nieudane związki, poronienia, rozpad zespołu. Kiedis jak rasowy ekshibicjonista opowiada nam o każdej podłości do jakiej się posunął. Co jednak ważne – nie pyszni się, nie próbuje tłumaczyć i zasłaniać rock’n’rollem. „Blizna” jest czymś w rodzaju spowiedzi. Szczerą do bólu opowieścią o konsekwencjach sukcesu i słabej psychice. W zasadzie po lekturze „Blizny” można zadać sobie fundamentalne pytanie – jak w ogóle do diabła udało im się to przeżyć…

Dziś założony przez Anthony’ego Kiedisa i basistę Flea w 1983 roku zespół, nie jest już grupą wydurniających się chłopaków z kalifornijskiej plaży. Pięćdziesięcioletni (nawet ponad) Red Hoci (podobnie jak o dwie dekady starsi Stonesi) nie ćpają, nie piją, na koncerty zabierają ze sobą butle z tlenem, a mimo to potrafią wciąż zaskoczyć i energią i przede wszystkim niezwykłym rozwojem muzycznym.

„Blizna” jest zapisem wzlotu zespołu, trudnej drogi ku sukcesowi, ale i opowieścią o brutalnym zderzeniu z ziemią.

Co więcej Red Hoci tak jak Rolling  Stonesi wychowują swoimi płytami kolejne pokolenia fanów, którzy zaczynają przygodę z tym zespołem nie od kultowych płyt w stylu „Mother’s Milk” czy „Blood Sugar Sex Magik” a tych nowszych. Sam pamiętam doskonale jak na pewnej imprezie próbowałem włączyć „Give It Away”. Na początku lat 90. to był imprezowy numer jeden, teraz nikt się do niego nie poderwał. Gdy zapytano mnie co to jest – odparłem Red Hot Chili Peppers. Usłyszałem – e to staroć jakiś, to puść to. I włączono numer „Dani California” z krążka „Stadium Arcadium”. Myślę, że tak samo mają niektórzy młodzi fani Rolling Stonesów wielbiący „Saint of Me” (z krążka „Bridges to Babylon”), którzy nie znają „Paint it Black”. Ale akurat to nie jest żaden zarzut. Raczej dowód na to, że zespół mimo lat istnienia i wielu płyt wciąż potrafi uwodzić ludzi swoimi nowymi kompozycjami.

Kiedy zabrałem do ręki nowe wydanie „Blizny” niczym lawina ruszyły wspomnienia. Kilka lat temu Kolonia, Niemcy.  Miasto o siódmej rano budziło się do życia a ja niczym zombie z filmów Romero wlokłem się powłócząc bezwładnie nogami w stronę hotelu. Niech gęś kopnie geniusza który wymyślił, żeby na koncert jechać pociągiem. Pamiętam, że wtedy w moim totalnie umęczonym i niewyspanym umyśle pojawiła się dziwna myśl. Red Hot Chili Peppers nie mogli wybrać lepszego miejsca na zamknięty zorganizowany  tylko dla największych fanów koncert. Kolonia po nalotach alianckich podczas drugiej wojny została dosłownie zrównana z ziemią. A mimo to się podniosła. Gotycka katedra została odbudowana a miasto dziś żyje i ma się dobrze. Kariera Red Hotów i życie Kiedisa przypomina trochę Kolonię. Mało komu dane było przeżyć tyle przedawkowań i mało kto, upadając na samo dno, był w stanie wrócić na sam szczyt.

W klubie E-Werk (nazwanym tak ku pamięci najsłynniejszego berlińskiego klubu, w którym narodziła się muzyka techno) o godzinie 19.04 na scenie pojawił się Chad Smith. Kilka sekund z prawej strony sceny wyskoczył Flea (z włosami ufarbowanymi na lekki fiolet). Uderzenie stopy, gitarowy przester, pulsujący bas… Na scenie pojawia się mistrz ceremonii. Anthony Kiedis ubrany w odjazdowy frak i czapkę z daszkiem zaczyna śpiewać: Purpurowy przypływ przeplata się przez twoje palce gdy śpisz. Flea wyskakuje do góry nie przerywając klangowania. Tak zaczęło się „Monarchy of Roses”. Przez następne równe dziewięćdziesiąt sześć minut z szczęką coraz bliżej podłogi obserwowałem jak feniks odradza się z popiołów. Stojąc jakieś dwa metry od Flea i może pięć od Antka.

Fenomen tego koncertu tkwi w energii RHCP. Wiele wielkich gwiazd rocka gra koncerty jak profesjonalna maszyna do grania (wystarczy pójść na U2 czy Rolling Stonesów), tu nie było wyrachowania i gwiazdorstwa. Za to czysta radość z bycia razem na scenie. W przerwach między utworami chłopcy to przerzucali się dowcipnymi złośliwościami (np. o sześciu jądrach Flea) lub jamowali ze sobą jakby byli w garażu a nie w klubie. Świetnie w tym układzie odnalazł się Klinghoffer, który potrafił i zagrać wspólną solówkę z Flea, i samemu przez kilka minut improwizować trzymając przy tym napięcie utworu. Należą mu się za to wielkie brawa, tym bardziej, że był w naprawdę trudnej sytuacji. John Frusciante uznawany jest przecież za jednego z najwybitniejszych żyjących gitarzystów rockowych. Dlatego podziwiam Klinghoffera za to, że bez cienia strachu zagrał po swojemu sztandarowy numer RHCP czyli „Give it Away” i zagrał go rewelacyjnie.

Świetnie wypadł także sam Kiedis, któremu zdarza się bardzo często na koncertach niemiłosiernie fałszować. Tu może pomylił się ze trzy razy, ale zrobił to na takim luzie, że nikt nie miał mu tego za złe. Za to potrafił wzruszyć całą salę śpiewając:  Żyję i się uczę/Raz wygrywam raz przegrywam/Ale dobrze mi z tym jak nigdy/Gdziekolwiek będę chciałem ci podziękować/ Za te wszystkie miejsca w których z tobą byłem. I kto powiedział, że prawdziwy, rasowy rockman nie może być sentymentalny?

Siedzę i kartkuję „Bliznę”. Wspomnienia same wracają. Żałuję, że HBO wycofało się ze sfilmowania tej książki. Szkoda. To materiał na świetny film. Kurcze, mimo wszystko bywam czasami strasznie sentymentalny. Ale co począć, to naprawdę dobra biografia. I tak – wiem. To nie jest recenzja.

Austin Book Club
Poprzedni

Marcin Przybyłek: Dziesięć książek mojego życia

youtbe
Następny

Wyzwanie Jacksona – pięć książek Tolkiena, które mógłby sfilmować reżyser "Władcy Pierścieni" [ranking]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz