KSIĄŻKI 

Cokolwiek uczyniliście – niemal przeciętny kryminał [recenzja]

Aha, mam Cię! Tak myślałem, czytając „Cokolwiek uczyniliście”. Kryminał P.M. Nowaka przez większość czasu wyglądał jak niemal idealny przeciętniak, po którym można się gładko przejechać. Aż tu nagle trafiło się koszmarne, ostatnie sto stron, które zepsuło cały obraz.
Autorowi udało się uniknąć popadania w tanią, jadowitą publicystykę antyklerykalną rodem z „Nie” oraz w ślepą obronę instytucji. Tutaj nadspodziewanie dobrze zagrano szarością.

Rzecz zaczyna się niepozornie, od paru pobić księży biegających po kolędzie. Do sprawy zostaje przydzielony komisarz Zakrzewski. Niechętnie podejmuje zadanie, a jeszcze bardziej niechętnie kieruje się wydumanymi wskazówkami przełożonych. Dla niego sprawa jest prosta. Albo skomplikowana – ale nie tak, jak chcieliby tego inni. W międzyczasie do jego znajomego, prokuratora Wilka przychodzi Mateusz Czarny, mężczyzna podający się za ofiarę molestowania. Winą obarcza tajemniczego księdza T. Nie pozostaje wątpliwości, że to początek problemów…

Komisarz i prokurator to nieco sztampowy, ale sympatyczny duet. Policjant jest nieustępliwy, potrafi zaskoczyć, zaś prokurator Wilk to ciekawa persona. Zamknięty w sobie neurotyk, ciapa z kompulsywnymi odruchami. Potrafi jednak działać, kiedy wymaga tego sytuacja. Szkoda tylko, że między duetem kompletnie nie czuć chemii. Owszem znają się, z poprzedniego tomu. Owszem, współpracują – ale ich relację pozbawiono jakiejkolwiek dynamiki. Początkowa rezerwa pozostaje rezerwą aż do końca książki.

Tu problemy z „Cokolwiek uczyniliście” się nie kończą. Zazwyczaj narracja trzyma poziom, jednak momentami zjeżdża w stronę nudnego gadulstwa, niepotrzebnych i męczących opisów, a co za tym idzie – tempo akcji spada. Spowolnienia akcji nie byłyby niczym złym gdyby w trakcie autor zapodawał nam gęsty klimat w wysokim stężeniu. Ale nie, jakiegokolwiek klimatu tu nie uświadczymy. Akcja po prostu się dzieje, bohaterowie po prostu coś robią. I tak to sobie leci, bez jakiejkolwiek otoczki czy atmosfery. W dodatku problematyka wydaje się sztampowa, wyciągnięta z pierwszych stron gazet.

I wszystko byłoby okej. Mógłbym wystawić z czystym sumieniem ocenę w granicach 50 procent.

Zrobiłbym to z czystym sumieniem gdyby nie fakt, że ostatnie sto stron jest znakomite! Nagle wszystko, co się dotąd wydarzyło, nabiera nowego znaczenia, fabuła okazuje się całkiem misterną układanką z ciekawymi rozwiązaniami i mylnymi tropami. Nudni i sztampowi bohaterowie wyglądają, jakby poszli na przeszczep charakteru i zaczynają zachowywać się co najmniej intrygująco. W okolicach puenty można nawet pokiwać głową z pewnym uznaniem. Jest moc, końcówka wjeżdża na emocje i daje satysfakcję. Szkoda, że nabieranie rozpędu zabrało dwie trzecie książki.

Wyrazy uznania należą się Nowakowi także za poprowadzenie kwestii związanych z pedofilią wśród księży i próbę trzeźwego spojrzenia na sprawy Kościoła. Autorowi udało się uniknąć popadania w tanią, jadowitą publicystykę rodem z „Nie” antyklerykalną oraz w ślepą obronę instytucji. Tutaj nadspodziewanie dobrze zagrano szarością.

Koniec końców jestem w stanie polecić „Cokolwiek uczyniliście”. Okazuje się całkiem intrygującą pozycją, która może nawet niektórych poruszy. O ile przebrniecie przez dosyć długą rozbiegówkę.

Forum Film Poland
Poprzedni

Spectre - licencja na zabijanie scenariuszy [recenzja]

SQN
Następny

Chłopcy #4: Największa z przygód [patronat]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz