KSIĄŻKI 

Copyfighter – branża reklamowa od kuchni [recenzja]

Stereotyp głosi, że w działach kreacji agencji reklamowych pracują głównie cyniczne, wiecznie skacowane snoby, które zarabiają krocie i uważają, że żeby stworzyć coś, co ma szanse spodobać się klientowi trzeba na chwilę przestać myśleć. To prawda.

Aby lepiej zrozumieć jak ten cyrk działa wyobraźcie sobie warsztat samochodowy. Mechanik właśnie kończy zmieniać klocki hamulcowe w lśniącym, czerwonym ferrari. Stojący tuż obok właściciel auta co chwila instruuje pracownika jak ma zamontować szczęki, jak podpiąć czujniki, którego klucza użyć i w którą stronę nim kręcić. Gestykuluje, pospiesza i komentuje. Gdy mechanik zabiera się do montażu kół, klient nagle wysuwa propozycje, aby nie przykręcać ich na śruby, bo praca trwa już bardzo długo, a auto uruchomi się też bez nich. Tak będzie i szybciej i taniej. Przerażony mechanik protestuje, próbuje przetłumaczyć wymuskanemu panu w garniturze, że to nie ma sensu i zagraża bezpieczeństwu. Po długich i zajadłych bojach ostatecznie udaje się wypracować kompromis: śruby będą wkręcone, ale tylko do połowy. Auto wyjeżdża z warsztatu, przez chwilę mknie ulicą ściągając za sobą spojrzenia przechodniów, po czym malowniczo wypierdala się do rowu.

„Copyfighter” to pisana na bazie własnych doświadczeń historia człowieka, który wkracza w branżę aby zostać polskim Donem Draperem, wozić się porsche i mieszkać w lofcie, ale zastana rzeczywistość bardzo szybko weryfikuje jego marzenia.

Oto cała tajemnica dlaczego w Polsce nie ma dobrych reklam. Są ogłoszenia, traktujące o benefitach produktów, stworzone bardziej przez prezesów i działy marketingu firm, (które no przecież płacą za te twory, a poza tym kto więcej wie o naszym produkcie niż my sami), niż teamy kreatywne. Bardzo rzadko udaje się przeciągnąć przez procesję spotkań i prezentacji uczciwie dobry pomysł. Żeby tak się stało, trzeba o niego walczyć. Z klientem, budżetem, czasem, badaniem fokusowym, testem korytarzowym, dyrektorem kreatywnym, accountem i sobą samym, bo kto nie miewa chwil zwątpienia? I właśnie ta walka jest motywem przewodnim adekwatnie zatytułowanego debiutu Łukasza Krakowiaka.

„Copyfighter” to pisana na bazie własnych doświadczeń historia człowieka, który wkracza w branżę aby zostać polskim Donem Draperem, wozić się porsche i mieszkać w lofcie, ale zastana rzeczywistość bardzo szybko weryfikuje jego marzenia. Krakowiak w rzeczowy i prawdziwy sposób opisuje pracę w dowolnej warszawskiej agencji reklamowej. Od BTL-owych piwnic na obrzeżach miasta, po szklane domy sieciówek z Domaniewskiej wszyscy borykają się z problemem klienta, który wie lepiej, robią na ASAP i goni ich deadline. Ich problemy różnią się jedynie skalą. Dlatego ludzie reklamy powinni od razu sobie tę pozycję odpuścić. Nie dowiedzą się z niej niczego nowego. Z resztą, sądząc po przypisach wyjaśniających branżowy żargon i tak nie została napisana dla nich.

Co w takim razie zwykły, nieskalany „branżunią” czytelnik wyniesie z lektury? Jak się okazuje, oprócz wspomnianego realistycznego obrazu pracy w agencji, również niewiele. W okolicach 210 strony zacząłem się zastanawiać czy ta historia kiedyś się rozpocznie, ale w momencie gdy akcji w końcu udało się wypełznąć z pokoju działu kreacji do mieszczącego się nieopodal burdelu, a oprócz dość płaskich i przewidywalnych postaci na scenę wkroczyli równie stereotypowi, ale dający nadzieję na przyspieszenie tempa akcji rosyjscy alfonsi, książka nagle się skończyła. Dokładnie w momencie, w którym powinna się rozpocząć. A ja poczułem się oszukany. Blurb zapowiadał kryminał osadzony w realiach polskiej branży, a tak naprawdę streszczał absolutnie całą fabułę. Nie ufajcie reklamie.

Czy to oznacza, że „Copyfighter” jest książką dla nikogo? Nic z tych rzeczy. To pozycja wprost idealna dla ludzi, którzy myślą, że znają się na tworzeniu koncepcji i kampanii. Powinni przeczytać ją prezesi, którzy traktują swoich klientów jak idiotów i działy marketingu, które traktują kreatywnych jak swoich wyrobników. Być może po takiej dawce szczerości kontakty miałyby szansę się uzdrowić, a copywriterzy i art directorzy zyskaliby choć niewielki kredyt zaufania dający szansę na stworzenie czegoś po swojemu. Ale przede wszystkim powinien tę książkę przeczytać ten nieaspirujący, słabo zarabiający target z małych i średnich miast, 35-55 lat, zarobki 1600-2200 netto, wykształcenie podstawowe i zawodowe, o którym Brand Menedżerzy jednej-z-telewizji-których-nie-mogę-wymienić-z-nazwy zwykli mówić otwarcie, że jest „biedny i głupi”, ten, który nigdzie nie wyjeżdża, ogląda gówniane seriale, wlewa sobie w gardła koncernowe piwa i wkłada sobie w waginy tampony marki, której logo widział w telewizorze. Powinien przeczytać ją po to, żeby dowiedzieć się jak ta parówka powstaje, żeby następnym razem gdy włączy swojego 40-calowego Samsunga wziętego na kredyt w ratach zero procent mógł spojrzeć z dystansem na siekę, która przerywa mu film i wyciąga rękę po jego pieniądze.

Niestety, oni nie czytają książek.

Forum Film
Poprzedni

Do utraty sił - podręcznik pisania scenariusza [recenzja]

Sony
Następny

James Bond i jego muzyczne czołówki

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski – dziennikarz, copywriter, tłumacz i pisarz. Absolwent Wydziału Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pochodzi z Kutna, obecnie mieszka w Warszawie, gdzie pracuje w dziale kreacji jednej ze stołecznych agencji reklamowych. Twórca kampanii, spotów i haseł dla wielu rozpoznawalnych marek w Polsce i za granicą. W 2015 roku zadebiutował powieścią „2049” (Novae Res). Amator trudnych gier, amerykańskiej prozy i starych, niemieckich aut.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz