KSIĄŻKI 

Cyngiel śmierci – 007 powraca [recenzja]

Media na świecie okrzyknęły „Cyngiel śmierci” najlepszą powieścią o Bondzie, napisaną po śmierci Fleminga. I trudno się z nimi nie zgodzić.

James Bond powraca. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo przecież powieści o Bondzie powstają bezustannie od śmierci Iana Fleminga, gdyby nie drobny szczegół. Anthony Horowitz otrzymał od spadkobierców Fleminga dostęp do notatek i niewykorzystanych materiałów pisarza, oraz zgodę na osadzenie akcji bezpośrednio w środku cyklu stworzonego przez Fleminga.

„Cyngiel…” jest powieścią absolutnie flemingowską. Czasami tylko, jak przystało na niepozbawionego poczucia humoru Brytyjczyka, Horowitz pozwala sobie na drobne ironiczne uszczypliwości wobec bohatera.

A zatem „Cyngiel śmierci” zaczyna się tuż po zdarzeniach opisanych (i sfilmowanych) w „Goldfingerze”, co dla fanów „Bond-Girls” znaczy tylko jedno – Pussy Galore najseksowniejsza i najpopularniejsza dziewczyna Bonda powraca. Co prawda nie na długo, ale to zawsze coś. I to chyba koniec niespodzianek przygotowanych przez Horowitza, bowiem reszta „Cyngla śmierci” to  klasyczny Bond ery flemingowskiej. Tym razem James musi pokrzyżować niecne plany organizacji SMIERSZ, która chce zniszczyć Stany Zjednoczone przywracając ZSRR w pełnie oczywiście zasłużone przywództwo na świecie. Wszystko zaś zaczyna się na pewnym torze wyścigowym.

Horowitz jest znakomitym stylistą, co udowodnił już nie raz a to pisząc kontynuacje przygód Sherlocka Holmesa, a to przenosząc na ekrany telewizorów teksty Agaty Christie. Jego „Cyngiel…” jest, zatem powieścią absolutnie flemingowską. Czasami tylko, jak przystało na niepozbawionego poczucia humoru Brytyjczyka, Horowitz pozwala sobie na drobne ironiczne uszczypliwości wobec bohatera. Nie za mocne, aby nie urazić fanów, ale za to bardzo ładnie dystansującego go od postaci. Krytycy na świecie już okrzyknęli „Cyngiel śmierci najlepsza powieścią z Bondem napisaną po śmierci Fleminga – i w sumie trudno z nimi polemizować. To naprawdę kawał solidnie odrobionej rzemieślniczej roboty, która zadowoli każdego fana agenta 007 narzekającego na poziom ostatnich filmów.

Osobiście mam z tą powieścią jeden problem – i to nie tyle z jej treścią, a zamieszaniem medialnym dookoła. W Polsce Anthony Horowitz jest postacią anonimową, w Wielkiej Brytanii, to jeden z najbardziej poczytnych współczesnych pisarzy i najlepszych scenarzystów. To on wymyślił postać detektywa Foyle’a, bohatera jednego z najlepszych seriali kryminalnych BBC. To on stworzył serię młodzieżową o Aleksie Riderze i kilka innych, równie dobrych. Tyle, że w Polsce „Detektyw Foyle” skończył z zerową oglądalnością, a młodzieżowe powieści Horowitza przepadły. Dziś zaś jeden z najciekawszych i najbardziej wszechstronnych brytyjskich pisarzy gatunkowych, zyskuje u nas popularność, jako literacki epigon. Szkoda. Owszem Horowitz jest świetny w tym, co robi dla wskrzeszania literackich brandów, ale jego autorskie projekty są jeszcze lepsze. Tyle, że mało, kto teraz będzie się chciał o tym przekonać. Jak się trafia do szuflady „epigon” bardzo trudno się z niej wyrwać. Niestety.

Time Magazine
Poprzedni

James Ellroy - król kryminału ze skazą

Sony Music
Następny

Saint Cecilia (EP) - niespodzianka dla fanów [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz