KSIĄŻKI 

Czasomierze – rzeczywistość to za mało [recenzja]

„Czasomierze” przepełnia tak wielki ładunek znakomitego, świadomego pisarstwa, że po zakończeniu lektury mija jeden dzień, potem drugi i człowiek wciąż nie ma ochoty na czytanie innej książki. No, chyba że jej autorem ponownie miałby być David Mitchell.
David Mitchell  nie serwuje typowych czytadeł, od czytelnika wymaga intelektualnej współpracy, narrację w „Czasomierzach” ma gęstą i tak jak w „Atlasie chmur” wkłada ją w rozmyślania, przeżycia i przypadki kilkorga bohaterów.

Dla mnie sprawa byłaby uproszczona, ponieważ cały czas grzecznie czekają w kolejce dwie wcześniejsze książki autora, czyli „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” ” i słynny, zekranizowany przez rodzeństwo Wachowskich „Atlas chmur”. Wiele lat temu miałem czytelniczą przygodę z inną książką Mitchella, „Snem numer 9”, ale to przygoda z rodzaju tych zapomnianych, powieść leży gdzieś w pudle w piwnicy, może zatem wypadałoby ją kiedyś odświeżyć, żeby przyjrzeć się dokładniej pisarskiej ewolucji autora. Czytając „Czasomierze” zacząłem właściwie od końca, przez co zapewne umknęło mi wiele nawiązań do wcześniejszych dzieł oprócz tych, które w powieści były zasygnalizowane wprost. Noc cóż, książki nie zajączki, nie uciekną, a na razie podzielę się wrażeniami z „Czasomierzy”.

Bynajmniej nie jest to powieść totalna, choć momentami całkiem jej do tego blisko. Mitchell bowiem nie serwuje typowych czytadeł, od czytelnika wymaga intelektualnej współpracy, narrację ma w „Czasomierzach” gęstą i tak jak w „Atlasie chmur” wkłada ją w rozmyślania, przeżycia i przypadki kilkorga bohaterów. To może w trakcie lektury dziwić, ponieważ z opisu na okładce wynika, że jest tu jakaś wiodąca postać. Tymczasem każdy z długich rozdziałów książki odnosi się do innego bohatera, zaś narracja tej najważniejszej postaci, czyli Holly Sykes spina je wszystkie klamrą – z jej punktu widzenia poznajemy wydarzenia w pierwszej i ostatniej partii książki. A sama Holly… cóż, to jedna z najlepiej wymyślonych i napisanych postaci kobiecych w literaturze dwudziestego pierwszego wieku.

Poznajemy ją jako krnąbrną, zbuntowaną nastolatkę w Anglii lat osiemdziesiątych zeszłego stulecia. Holly właśnie pokłóciła się z matką, ta jej dała w twarz, dziewczyna oznajmiła, że wyprowadza się do swojego chłopaka i opuściła dom. Niestety w mieszkaniu chłopaka czeka ją niemiła niespodzianka – Holly zastaje go w łóżku z jej koleżanką. Jest tym faktem wstrząśnięta, ale do  domu nie zamierza  wrócić, bo tym samym musiałaby przyznać rację matce, która ostrzegała ją przed związkiem ze starszym chłopakiem. Co zatem robi Holly? Po prostu idzie przed siebie. A w czasie tej wędrówki myśli, wspomina i przeżywa. Z okruchów tych przeżyć wychwytujemy pierwsze sygnały, mówiące o chwiejnej rzeczywistości wokół dziewczyny, choć równie dobrze może być to zasługą jej bujnej wyobraźni. Głosy spod łóżka, tajemnicza kobieta ze snu, a w czasie nocnego spaceru spotkanie z nieznajomą staruszką, która – przynajmniej takie ma odczucie czytelnik – zachowuje się dosyć dziwnie. Ta nieco oniryczna tułaczka trwa aż do niespodziewanej, brutalnej eskalacji, czyli zetknięcia Holly z dwoma, rywalizującymi ze sobą, niesamowitymi siłami, których związków i natury autor wcale nie zamierza przed nami szybko odkrywać. Nawet więcej – nie zamierza tego odkrywać przed samą bohaterką, czynną przecież uczestniczką przerażających wydarzeń. Jej wspomnienia zostają wyczyszczone, ale jej przyszłość na zawsze pozostanie związana z usuniętymi z pamięci przeżyciami.

Co dzieje się potem, o czym opowiadają kolejni narratorzy? Następne rozdziały posuwają fabułę o kilka, bądź kilkanaście lat do przodu. Każdy z bohaterów jest w jakiś sposób związany z Holly, choć indywidualne historie każdego z nich są pełnoprawne i budują kompletny, osadzony w swoim czasie portret danej postaci. Powolutku zbieramy okruchy składające się na zawiłe koleje życia Holly Sakes, również powoli (czyli tak, jak lubię) wgłębiamy się w fantastyczną część tej historii. Na temat wątku fantastycznego można by się zresztą długo rozpisywać, bo Mitchell stworzył fascynującą wizję owych rywalizujących ze sobą sił, których reprezentantów najwyraźniej nie ima się czas. Pisarz potrafi skutecznie pobudzać naszą wyobraźnię stosując – podobnie jak Dukaj – zapadające w pamięć neologizmy i przede wszystkim tworząc wielowątkową opowieść, w której wszystko działa precyzyjnie, niczym w prawdziwym czasomierzu.

Co mu się zaś najlepiej udało, to wyjątkowe połączenie spotykanej zazwyczaj w prozie głównonurtowej narracji  (spokojnie powieść można odczytywać jako wielką kronikę naszych konsumpcyjnych czasów) z historią wykraczającą poza naszą zwyczajność, karmiącą sie w części teoriami spiskowymi. Nasz świat jest tu odbity perfekcyjnie, rzeczywistość bohaterów niemal dotykalna, bliska, nawet ta jej część, w której autor sięga już w naszą odleglejszą przyszłość. Do tego obrazu Mitchell dorzuca prosty w zasadzie pomysł – czyli ów wątek fantastyczny – który można rozpatrywać na zasadzie alegorii do życia ludzkiego skonfrontowanego z ludzką wyobraźnią, dla której rzeczywistość to za mało. Musi być coś więcej, bo przecież  inaczej życie miałoby tak mało sensu. Coś więcej – nie znaczy od razu, że to musi być Bóg, Piekło, Niebo, czarodzieje, smoki i potwory. Chodzi raczej o coś w swej istocie nieprzewidywalnego, bo tego właśnie szuka David Mitchell, nie dzieląc literatury na mainstreamową i fantastyczną. Czegoś, w co z początku nie potrafilibyśmy, a nawet balibyśmy się uwierzyć, a potem… Ale o tym już lepiej przeczytajcie w książce.

Egmont
Poprzedni

Star Wars Komiks 1/2016: Księżniczka Leia - Rozbite Imperium lepsze [recenzja]

miami vice
Następny

Miami Vice – serialowa rewolucja, której nie zauważyliśmy

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz