KSIĄŻKI 

Czerwony kapitan – nierówny debiut Dominika Dana [recenzja]

Możemy właśnie oglądać w kinach „Czerwonego kapitana”, polsko-słowacki thriller oparty na prozie Dominika Dana z Maciejem Stuhrem w roli głównej. W związku z tym wydawnictwo Media Rodzina wznowiło powieść będącą kanwą filmu, a my pochylamy się nad pierwszym tomem cyklu o komisarzu Richardzie Krauzie.

Jest rok 1992. Oficjalnie upadł komunizm, Słowacja odzyskała niepodległość i wkrótce całkowicie odłączy się od Czech. W kraju wrze od gwałtownych przemian, ludzie wciąż są nieufni i zniechęceni po latach partyjnej indoktrynacji, a Kościół Katolicki stopniowo rozpoczyna swoją ekspansję na polityczne poletka. Czyli sytuacja znana każdemu Polakowi pamiętającemu życie za Żelazną Kurtyną. Głównym bohaterem jest młody policjant z Wydziału Zabójstw, Richard Krauz, który został właśnie przydzielony do nietypowej sprawy. Podczas prac budowlanych trzeba było ekshumować i przenieść pięć grobów ze starej, nieużywanej części cmentarza. Na skutek nieuwagi robotników jedna z trumien odsłoniła swoją zawartość, wstrząsając życiem wielu ludzi. Oto bowiem w głowie szkieletu znaleziono gwóźdź, a rozpoczęte natychmiast dochodzenie ujawniło, że zwłoki należą do byłego kościelnego, pochowanego naprędce w dniu śmierci, wcześniej zaś brutalnie torturowanego. Tropy prowadzą do tajnych służb bezpieczeństwa i pracującego w nich okrutnego, tytułowego Czerwonego Kapitana. Okazuje się jednak, że to dopiero wierzchołek góry lodowej ogromnego spisku sięgającego daleko w przeszłość i na najwyższe szczeble władzy… także kościelnej.

Styl Dominika Dana, przede wszystkim zaś jego czarny, słowacki humor to rzecz, która nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu. Większy problem stanowi fakt, że nad wyraz mocno widać, iż mamy do czynienia z debiutem, a Dan sam nie może się zdecydować, w którą stronę właściwie zmierza.

Dominik Dan pisze w sposób specyficzny, który nie od razu może przypaść do gustu czytelnikom nawykłym do bardziej wyszukanych form eksponowania talentu literackiego. Język powieści jest prosty, nierzadko dosadny, a konstrukcja poszczególnych bohaterów przypomina wzorce z kina akcji lat 80-tych. Akcja gna więc do przodu, nawet na chwilę nie dając zaczerpnąć oddechu, a natłok zdarzeń i tropów sprawia, że momentami można odnieść wrażenie przesytu. A jednak Danowi udaje się to wszystko zrównoważyć i nie popaść w przesadę. Wszystko to za sprawą zawodowego doświadczenia ukrywającego się pod pseudonimem autora, który od dwudziestu pięciu lat pozostaje czynnym detektywem wydziału kryminalnego słowackiej policji i konsultantem ds. kryminalnych ministra spraw wewnętrznych, a książki pisze jedynie dla przyjemności. Znajomość fachu i dbałość o detale powoduje, że mimo zawrotnego tempa i spisku tak rozległego, że nie powstydziłby się go Dan Brown czy James Rollins, całość okazuje się być nad wyraz realistyczna, a fabuła na tyle intrygująca, że nie sposób oderwać się od lektury przed wyjaśnieniem zagadki. A jednak nie jest to powieść pozbawiona wad.

Styl Dominika Dana, przede wszystkim zaś jego czarny, słowacki humor to rzecz, która nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu. Jest to jednak oryginalny sznyt autora, jego znak rozpoznawczy, który się akceptuje lub nie. Większy problem stanowi fakt, że nad wyraz mocno widać, iż mamy do czynienia z debiutem, a Dan sam nie może się zdecydować, w którą stronę właściwie zmierza. Pierwsza część powieści osadzona w postkomunistycznej Słowacji (wówczas jeszcze połączonej z Czechami) to pełna mroku przerażająca opowieść o czasach wcale nie tak odległych. Gdy powoli całość skręciła w stronę thrillera politycznego mieszając służby specjalne ze służbami kościelnymi, włos zaczął jeżyć mi się na karku. Doceniłem odwagę autora, wierność historycznym faktom i brawurę Macieja Stuhra, że w obecnej sytuacji osobistej i politycznej zdecydował się przyjąć rolę w adaptacji takiej prozy. I nagle, w drugiej połowie książki powieść dokonała zwrotu w rejony powieści przygodowo-sensacyjnej w stylu wspomnianych wcześniej dwóch zachodnich autorów. Okazało się to sporym zgrzytem, to raz, dwa, że wyjaśnienie całości, choć perfekcyjnie opisane i wyjaśnione, do oryginalnych przez to nie należy, ba, zdaje się napisane pod publiczkę. Całe szczęście, że w późniejszych utworach Dominik Dan zdecydował się zarzucić ten kierunek i konsekwentnie rozwijał realistyczne i mroczne kryminały, unikając rozczarowującego dysonansu.

Czy więc warto zapoznać się z „Czerwonym kapitanem”? Koniecznie! Nie tylko ze względu na adaptację filmową, ale przede wszystkim dlatego, by poznać bardzo udany cykl kryminałów. Szczęśliwie, nie pierwszy tom jest najlepszy, za to świetnie wprowadza gromadę policjantów, o których długo się potem pamięta.

Baśnie-Dziedzictwo-wiatru
Poprzedni

Baśnie #17: Dziedzictwo Wiatru - rozdział mocno przejściowy [recenzja]

w-obronie-innych-kaznodzieja-z-karabinem
Następny

W obronie innych. Kaznodzieja z karabinem - prawdziwa historia bojowego księdza [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz