KSIĄŻKI 

Czerwony rycerz – militarna fantasy najwyższych lotów [recenzja]

Wielokrotnie słyszy się o tym, że gatunek fantasy już dawno temu poległ, zjada swój ogon i nic nowego nie da się w nim wymyślić. Schemat stworzony przez Tolkiena zdaje się być nieprzekraczalny. A jednak ciągle nowi autorzy próbują. Jednym z nich jest Miles Cameron.

Już we wstępie zaznaczyliśmy problem, który pojawia się za każdym razem, kiedy ręce wędrują po powieść oznaczoną etykietką fantasy. Nie sprowadza się on do tego, czy to się da czytać, czy to jest dobre, bowiem nikt kto szuka wykwintnych potraw nie będzie szperał w dziale ze słodyczami. Tutaj od razu wiadomo, że będą smoki, zło będzie walczyło z dobrem, a i magii znajdzie się tu więcej niż odrobina. Gdyby jednak uwierzyć w przytoczoną we wstępie opinię, pomijając wielu znakomitych autorów i twórców, którzy nastąpili po ojcu Śródziemia, jak wytłumaczylibyśmy nieustanne sukcesy Andrzeja Sapkowskiego czy George’a R.R. Martina? Ktoś powie – u pierwszego fenomenalną serią gier komputerowych, u drugiego arcywspaniałym serialem. Prawda. Ale niezmiennie, wcześniej były książki, które natchnęły wielu i okazały się właśnie tym, czego się nie spodziewano. Powiewem świeżości. I takich twórców, którzy łamią schematy, albo po swojemu je redagują wciąż nie brakuje. Weźmy naszego Jarosława Grzędowicza i jego „Pana Lodowego Ogrodu”. Weźmy utwory Joe Abercrombie, czy właśnie wydany przez wydawnictwo Mag pierwszy tom cyklu Milesa Camerona.

„Czerwony rycerz”, bo to o nim mowa z pozoru jest zwyczajną powieścią fantasy. Tytułowy bohater to kapitan oddziału najemników, który wynajmuje się do zadania ochrony żeńskiego klasztoru, co w gruncie rzeczy ma się sprowadzić do upolowania grasującej w okolicy wiwerny. Szybko okazuje się, że zlecenie jest dużo bardziej skomplikowane, a kapitan będzie musiał stawić czoła całej armii potworów wypełzłej z Dziczy. Co jest powodem tak zaciekłego ataku, kim naprawdę jest kapitan, czy niewinni przetrwają oblężenie? Co w tym czasie robi król? Kto powstrzyma szalonego i nawiedzanego przez anioły rycerza de Vrailly? Czy sir Gawin odzyska łaskę monarchy? Co knuje królowa? Kim jest Głóg? I tak dalej, i tak dalej…

Te grubo ponad osiemset stron, to rozrywka najwyższej klasy dla miłośników fantasy, Średniowiecza i militariów.

Powieść imponuje rozmachem, a jego oś fabularna skupiająca się wokół tytułowego rycerza rozprzestrzenia się w rozmaitych kierunkach pozwalając śledzić i poznawać losy wielu innych bohaterów. Narracja skupia się głównie na miejscach, często przeskakując od jednej postaci do drugiej, pozwalając obserwować cały konflikt z wielu różnych perspektyw. Z jednej strony zbliża to utwór do prozy Martina, z drugiej pobrzmiewają tu echa Cooka i Eriksona, a poziom brutalności oddaje hołd Abercrombiemu. Magiczne stwory to przeróżne wariacje na temat bohaterów znanych z prozy Tolkiena, główny pomysł opiera się jakby na odwróconym schemacie „Księcia Kaspiana” C.S. Lewisa, gdzie tym razem to ten magiczny świat, Dzicz, jest tym negatywnym. Czy jednak na pewno? Cameron nie daje jasnych odpowiedzi, jego proza nie jest czarno-biała, a postaci są skonstruowane po mistrzowsku. To co wyróżnia ją na tle innych pisarzy, to zamiłowanie do militariów i lata praktyk w rekonstrukcjach historycznych. Gdy na początku słyszymy o kapitanie najemników, mamy na myśli rębajłę z podległą mu grupką zbirów. Tymczasem otrzymujemy opis podlegających mu trzydziestu jeden kopii, z których każda składa się z rycerza, giermka, pachołka i dwóch łuczników. Do tego konie. Oficerowie. Kaprale. I tak dalej. Tu ktoś się zna doskonale na średniowiecznej wojskowości i korzysta z tego pełnymi garściami. Opisy walk, pojedynków, bitew, to kunszt nie tylko literacki. Miles Cameron tworzy fantasy niezwykle realistyczne, tym bardziej, że osadza je w chrześcijańskich realiach, pamięta o filozofii starożytnej Grecji, wykazuje się też ogromną wiedzą z zakresu teologii i hermetyzmu. Nie muszę chyba wspominać o dworskich i rycerskich obyczajach, dbałość o świat przedstawiony bije bowiem na głowę większość powieści stricte historycznych. Niektórym może, oczywiście, przeszkadzać ów hiperrealizm, ale właśnie zderzenie go ze światem magicznym wywołuje większy szok. Szczególnie, że autor unika typowych dla fantasy określeń, i choć wiemy, że są tu i elfy i trolle i gobliny, to jakoś lepiej i oryginalniej czyta się o boglinach, irkach i jackach. Jeśli dodać do tego jeszcze wyśmienite wydanie (twarda oprawa, zakładka ze wstążki), trzeba przyznać, że te grubo ponad osiemset stron, to rozrywka najwyższej klasy dla miłośników fantasy, Średniowiecza i militariów. Jedyny mankament tego dzieła to trafiające się sporadycznie literówki. Czasem zabawne, czasem wywołujący niepotrzebny zgrzyt w tak perfekcyjnie skonstruowanej powieści.

Egmont
Poprzedni

Superman / Batman #1: Wrogowie publiczni - spektakularne widowisko [recenzja]

Vesper
Następny

Obelisk kładzie się cieniem - poważny zwrot w serii o Flawii de Luce [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz