KSIĄŻKI 

Grimm City. Wilk! – czarny kryminał z baśniami w tle [recenzja]

Jakub Ćwiek rusza z nową serią fantastyczną, w której miesza znane popkulturowe motywy i gatunki, tworząc unikalne i oryginalne dzieło. Tym razem padło na braci Grimm i klasyczny czarny kryminał.

Gdy dziesięć lat temu miałem okazję przeprowadzać wywiad z Ćwiekiem w związku z debiutanckim “Kłamcą”, po raz pierwszy wypłynął z jego ust pomysł na “Grimm City”. Autor tak wówczas go opisywał: Jest to taki miks Chandlera, baśni braci Grimm, z horrorami dla nastolatków takimi jak „Krzyk”, „Koszmar minionego lata”, ale i innymi, lepszymi horrorami w stylu „Candymana” i tym podobnymi. Głównym bohaterem jest detektyw, który przeniósł się z naszego świata do świata Grimm City – miasta mrocznego jak z komiksów Millera. W posłowiu do “Wilka!” Ćwiek pisze, że ideę jednak porzucił, bo coś nie grało, coś kazało mu nie ruszać tego tematu. I jak się ostatecznie okazuje ta przerwa wyszła książce na dobre – raz, że zamiast zbioru opowiadań dostaliśmy pełnoprawną powieść, a dwa, w/w miks raczej nie przetrwałby próby czasu, ginąc w zalewie podobnych tematem tytułów.

“Grimm City” jakie odstaliśmy dziesięć lat później to dzieło dojrzałe, świadome, zwarte, co prawda garściami czerpiące z popkulturowych wzorów, ale z umiarem się do nich odnoszące i już bez cienia tej młodzieńczej pewności siebie pozwalającej myśleć, że po wrzuceniu do jednego wora wszystkich fajnych fragmentów różnych utworów, wyjdzie coś równie dobrego. Dzięki temu hamulcowi jaki wtedy wcisnął Ćwiek, dostaliśmy solidną, bardzo dobrą powieść.

W skrócie Grimm City to faktycznie millerowskie Sin City – ostoja korupcji, przestępczości i okrucieństwa, tyle tylko, że ostatnimi sprawiedliwymi okazują się mimo wszystko gliniarze. To także miasto prężnie rozwijające się, czerpiące zyski – te legalne i te nie – z wydobycia czarnej, wysoko energetycznej limfy z zabitego przed laty olbrzyma spoczywającego teraz pod jego fundamentami. Wreszcie, to koszmarnie zanieczyszczone miejsce żyjące w rytmie gazowych katastrof wypluwających tony smolistego pyłu pokrywającego dosłownie wszystko i wszystkich. W takich realiach toczą się śledztwa związane z morderstwem skorumpowanego detektywa Wolfa i serią brutalnych wyroków na taksówkarzach i ich pasażerach. Dwie sprawy, dwóch nieprzepadających za sobą śledczych, masa niewinnych ofiar i jeden świadek, muzyk Alfie, któremu szczęście coraz mniej dopisuje.

“Grimm City” jest przede wszystkim ponurym czarnym kryminałem z galerią intrygujących postaci. Słychać w nim echa klasycznych powieści, a także sytuacji jaka panowała w USA w latach 20. i 30. związanej z funkcjonowaniem przestępczego podziemia. Ćwiekowi udało się zbudować wciągający świat, obudować go ciekawymi elementami pobocznymi, zafundować interesującą zagadkę i, co chyba najważniejsze, pozbawić go wszelkich znamion fantastycznych. Poza faktem, że Grimm City funkcjonuje w jakieś niedoprecyzowanej alternatywnej rzeczywistości, nie ma tutaj żadnych czynników magicznych itp. I to jest jeden z największych plusów powieści, która nawet baśnie braci Grimm, na których opiera się cała konstrukcja, sprowadza do roli religii, w którą można wierzyć lub nie.

Naprawdę zgrabnie to “Grimm City” Ćwiekowi wyszło. Dla fanów autora to pozycja obowiązkowa, moim zdaniem chyba najlepsza książka w jego dotychczasowym dorobku. A dla tych co jeszcze nic nie czytali spod jego pióra, właśnie nadarza się idealna okazja, aby wreszcie spróbować.

santana iv
Poprzedni

IV - Carlos Santana zatrzymuje czas [recenzja]

Kino Świat
Następny

The Boy - lalka też człowiek [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz