KSIĄŻKI 

Idę tam gdzie idę. Autobiografia – Sekretne życie Kazika Staszewskiego [recenzja]

Wbrew wcześniejszym postanowieniom, lider Kultu, KNŻ i paru innych znaczących krajowych formacji postanowił, że jednak nie będzie czekał do śmierci, aby poopowiadać fanom o kulisach tworzenia swych przebojów. Zresztą nie tylko fanom – przecież „Idę tam gdzie idę” to obowiązkowa lektura dla każdego, kto interesuje się historią polskiego rocka.

A czy faktycznie znajdziemy tu aż tak wstydliwe bądź obraźliwe dla innych wyznania, że wypadałoby odłożyć ich publikację na „po śmierci”, jak to niby początkowo planował autor? Szczerze mówiąc – raczej nie. Momentami wydaje się wręcz, że podczas rozmów z Rafałem Księżykiem, które złożyły się na treść książki, Kazik ważył słowa znacznie bardziej niż w niektórych wywiadach prasowych. Przykład pierwszy brzegu: jakiś czas temu zdarzyło się Kazikowi na łamach „Teraz Rocka” dość brutalnie skrytykować umiejętności swojego basisty Olafa Deriglasoffa, podczas gdy tu hojnie obsypuje go pochwałami, zaznaczając tylko, że z gitarą nie radzi już sobie tak wyśmienicie jak z basem i krótko wyjaśniając dlaczego stosunki między nimi są obecnie chłodne. Ale czy to źle? Przecież autobiografia jednego z najsławniejszych muzyków w kraju to nie „Super Express” żeby kupować ją dla tanich sensacji czy jakichś złośliwych wynurzeń. Dobrze więc, że Kazik nie poddaje się porywom negatywnych emocji i nie stara się za wszelką cenę chlapnąć błotem na tych, za którymi nie przepada, ale skupia się na faktach – i na misji przedstawienia nam własnych fascynacji muzycznych.

Jedna z najlepszych „książek muzycznych” wydanych w naszym kraju.

Nie znaczy to zresztą wcale, że mamy tu do czynienia z jakąś nieznośnie ugrzecznioną opowieścią – bo Kazik potrafi jednak szczerze powygarniać tym, którzy najbardziej zaszli mu za skórę (np. eks-współpracownikowi Bananowi, który na krótki czas wyrwał mu z ręki ster w Kulcie) i nie ukrywa swej niechęci do różnej maści polityków, którzy kradli mu piosenki albo w inny sposób próbowali wykorzystać jego popularność dla swych celów (dostaje się m.in. Pawłowi Kukizowi mimo, że to na niego Kazik oddał swój głos w ostatnich wyborach prezydenckich, a np. wspominanemu z pewną sympatią Jackowi Kurskiemu zostaje wypomniany fakt handlowania pirackimi kasetami Kultu w czasach młodości). To jednak nie tego rodzaju atrakcje stanowią fundament „Idę tam gdzie idę”: tu liczy się przede wszystkim opowieść o dramatach i zawirowaniach związanych z rozwojem polskiej sceny muzycznej w ciągu ostatnich czterdziestu lat.

Zaczyna się od punkowych wprawek w grupie Poland, później pojawiają się kolejne inkarnacje Kultu oraz romans z hip-hopem na płytach solowych i prezentacja bardziej „metalowego” oblicza w Kaziku Na Żywo, a wreszcie – koncertowanie dla mniej dzikiej publiczności, czy to z Kultem w wydaniu akustycznym, czy też z Kwartetem Pro-Forma. Całą tę muzyczną odyseję przedstawia Kazik w sposób niezwykle barwny, bez najmniejszego wysiłku sypiąc przezabawnymi anegdotami i celnymi obserwacjami na temat specyfiki czasów i miejsc, w których przychodziło mu tworzyć muzykę, a w nie mniej ciekawy sposób wypowiada się również na takie tematy jak rodzina, religia, emigracja czy stosowanie nielegalnych używek. Jeśli natomiast kogoś nie oszczędza – to przede wszystkim siebie, niejednokrotnie podkreślając swój brak asertywności, nieumiejętność wyrażania własnego zdania czy nawet żartując na temat swej urody.

Czyta się to wszystko wyśmienicie, nawet jeśli zdarza się czasem Kazikowi zaprzeczać samemu sobie (np. najpierw krytykuje Wilki za granie dwóch koncertów dziennie, co rzekomo nie może przynosić satysfakcjonujących efektów, a później zdradza, że z Pro-Formą gra mu się ostatnio tak dobrze, że również występuje z tą grupą dwukrotnie tego samego dnia) i mimo, że nie wszystkim swoim płytom poświęca wystarczająco dużo uwagi (przydałoby się zwłaszcza parę słów więcej na temat „Salon Recreativo” Kultu oraz „Las Maquinas de la Muerte” KNŻ). Nie mam również zamiaru rozpaczać nad nienajlepszą jakością niektórych zdjęć czy pewnymi drobnymi wpadkami redakcji i korekty – ani jedno, ani drugie nie zmienia faktu, że „Idę tam gdzie idę” to jedna z najlepszych „książek muzycznych” wydanych w naszym kraju.

zamek z piasku ktory runal recenzja
Poprzedni

Zamek z piasku, który runął - Komiksowy koniec "Millennium" [recenzja]

UIP
Następny

Wyspa tajemnic - straszne kino wg Martina Scorsese [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz