KSIĄŻKI 

Kamienna noc – kryminał psychodeliczny [recenzja]

W „Kamiennej nocy” powracają bohaterowie znani z poprzednich książek Gai Grzegorzewskiej. Autorka tym razem wrzuca ich w tak szaloną i fabularnie, i formalnie układankę, jakiej chyba jeszcze w polskim kryminale nie było.
„Kamienną noc” czytajcie uważnie, skupiajcie się na szczegółach, po prostu stawcie czoła pisarskiemu, bezlitosnemu demiurgowi w osobie Gai Grzegorzewskiej i nie kwitujcie powikłanej fabuły tylko i wyłącznie mianem, za przeproszeniem, zdrowo popieprzonej. Zastanówcie się, czemu taka jest.

„Kamienna noc” to lektura z rodzaju tych, po której zakończeniu bądź nawet jeszcze w jej trakcie, wraca się do przeczytanych już wcześniej stron. Dlaczego? Ponieważ Grzegorzewska zastawiła tyle narracyjno-fabularnych pułapek na czytelnika, że ów, by połapać się we wszystkim i podołać rzuconemu przez autorkę wyzwaniu nie ma wyjścia i niejednokrotnie musi cofać się do początków snutej opowieści. Co jednak zrobić w przypadku, kiedy początek jest w zasadzie jej końcem? Ten zabieg jeszcze da się ogarnąć, przecież w dziejach literatury to nic nowego, że opowieść zaczynamy od jej końca. Ale w „Kamiennej nocy”, eksperymentów polegających kolokwialnie mówiąc na wodzeniu czytelnika za nos, jest dużo więcej. Pytanie, czy autorka w swej najnowszej książce ich nie nadużyła, poświęcając wiarygodność fabuły na rzecz jej, niemal szalonego w swym wymiarze, skomplikowania?

Otóż w obszarze twórczości Gai Grzegorzewskiej, to pytanie wydaje się być nie na miejscu. Rzeczywistość w książkach pisarki jest tak silnie przefiltrowana przez popkulturowo-gatunkowe konteksty, że musi być odczytywana w nierozerwalnym z nimi związku. Czyli – mimo że fabuła rozgrywa się tu i teraz, w Krakowie i innych miastach Europy, mimo że może odnosić się do znanych nam wszystkim, historycznie współczesnych wydarzeń, to jej podstawowa warstwa ma przede wszystkim charakter popkulturowy. A nawet mitologiczny, bo czyż dzisiejsza popkultura nie jest nowym rodzajem, jakże potrzebnej wszystkim jej zwolennikom i wyznawcom – mitologii?

Z Julią Dobrowolską, bohaterką książek Grzegorzewskiej spotkałem się dotąd jeden raz, czytając przed „Kamienną nocą”, „Betonowy pałac”. Zacząłem zatem trochę niefortunnie, nie po kolei, zwabiony coraz ciekawszymi opiniami o twórczości pisarki, sądząc, że krakowska opowieść to pełnoprawny początek nowego cyklu – o Profesorze. Tym samym, chyba w bolesny sposób  pozbyłem się przyjemności stopniowego odkrywania tajemnic przeszłości (i osobowości!) detektyw Julii Dobrowolskiej, która to postać przed „Betonowym pałacem” była bohaterką kilku książek Grzegorzewskiej. Po „Betonowym pałacu” już wszystko wiem, niuanse pokręconego związku pani detektyw z Profesorem są mi dobrze znane, a fakt, że udało mi się w ich świat wejść bez zgrzytów i dezorientacji (bo przecież od końca), świadczy przede wszystkim o narracyjnej elastyczności i talencie autorki.

„Betonowy pałac” był niezapomnianym, popkulturowym przeżyciem, tym bardziej (i mimo jego mrocznej natury) radosnym, że osadzonym w polskich realiach i wykorzystującym w równym stopniu światowe naleciałości, co nasze własne, kulturowe tropy. To było jak spotkanie Tyrmanda z Tarantino w scenerii odrażającego i fascynującego zarazem Krakowa, w którym poznawałem takich samych jak miasto, żyjących w nim bohaterów. Miasto, jego upadli w większości herosi i raz po raz, nadgryzane przez nich z pełną świadomością, zakazane owoce. Ów klimat i podobne emocje odnajdziemy również w „Kamiennej nocy”, ale to książka jednak inna, bo nie tak zwarta fabularnie, ale w zamian rozbestwiona formalnie i dokładająca kolejną cegiełkę do budowania mitologii stworzonych, niczym przez bezlitosnego demiurga, postaci. Postaci niby z krwi i kości, ale momentami wydającymi się mieć nadludzkie przymioty.

Julia i Profesor uciekają z Polski. Uciekają przed przeszłością, gangsterami i więzieniem, które grozi im po ujawnieniu charakteru ich zakazanego prawem związku. Zmieniają tożsamości, zaliczają wizyty w kolejnych, europejskich miastach. To ów wątek poznajemy od końca, opisywany słowami Profesora, na dodatek rozpoczynający się od dramatycznej sceny, która zdaje się mieć ciężar ostatecznego zamknięcia. A potem następuje rozdział minus jeden, jesteśmy w  Grecji, dwójka bohaterów pracuje przy archeologicznych wykopaliskach, dalej rozdział minus dwa, minus trzy, aż do początku historii. To jednak nie wszystko. Są przecież rozdziały z właściwą numeracją (będące notabene książką w książce), poprzedzone prologiem, w którym przebywającą jeszcze w Krakowie Julię nachodzi w opustoszałym biurze Maria Karo, prosząc o pomoc w znalezieniu prawdziwego zabójcy jej zamordowanej okrutnie córeczki. To wątek równoległy, do którego bohaterka wróci niespodziewanie po kilku miesiącach europejskich wojaży, pojawiając się ponownie w Krakowie, już sama, bez Profesora, by ostatecznie zamknąć ciążące na jej życiu sprawy z przeszłości. Będzie jej w tym pomagać dziennikarka Eliza Florek, która o sprawie – okazuje się, że obecnie zaginionej Marii Karo – pisze książkę.  Dodajmy, że dziennikarka jest również osobą odpowiedzialną za artykuł ujawniający charakter związku Julii i Profesora i tym samym przekroczymy próg dziwnych, niepojętych zależności i uwikłań bohaterów, którymi przepełniona jest skomplikowana fabuła „Kamiennej Nocy”. Tyle, że to naprawdę próg. Prawdziwa, głęboka toń, dopiero jest przed nami. Skaczemy i toniemy w niej aż do momentu, gdy autorka wyciąga do nas pomocną dłoń.

Z tym jednym mam problem. W pewnej chwili dostajemy bowiem od autorki linearnie wyłożone wyjaśnienie zawiłości fabuły, jakby sama miała świadomość, że bez czegoś takiego czytelnik pozostałby bezradny i zagubiony. Dlatego obawiam się, że do „Kamiennej nocy” może przylgnąć łatka kryminału przekombinowanego, bo stopień zawiłości fabularnych i odkrywanych przez czytelnika tajemnic chyba nie ma sobie równych w gatunku, w związku z czym autorka musi nas ostatecznie poprowadzić do wyjaśnienia za rączkę. Ale być może prawda jest inna. „Kamienna noc” może być także bardzo wymagającym kryminałem, dla równie wymagającego czytelnika. Szkopuł w tym, że przez powieść pędzimy (tak jak fabuła) w szaleńczym tempie, bo tak została napisana – żeby przede wszystkim ją chłonąć,  a dopiero później zająć się kwestią jej fabularnej wiarygodności i nadmiernego skomplikowania.

A przecież Grzegorzewska daje wielokrotnie wyraźne wskazówki i podpowiedzi. Na samym wstępie jest Wenecja, karnawał, maski i odwrócona rzeczywistość. Są precyzyjnie dobrane motta, które każą  głębiej zastanowić się nad ich sensem dla fabuły. Jest chyba wszystko co nam potrzebne, by spróbować samemu rozwiązać zagadkę (czy raczej zagadki), ale czytać trzeba wolniej, z uwagą i samemu być jak prawdziwy detektyw. Cóż z tego, kiedy jesteśmy zaledwie czytelnikiem i to jeszcze wrzuconym w psychodelicznie oddziałującą fabułę, skołowani formą, potrafiący trzeźwo myśleć dopiero, kiedy przeczytamy ostatnią stronę. Tyle że, wtedy już przecież wszystko wiemy i jeśli zdecydujemy się ponownie wniknąć w „Kamienną noc”, drugi raz nie będzie taki sam. Dlatego czytajcie uważnie, skupiajcie się na szczegółach, po prostu stawcie czoła pisarskiemu, bezlitosnemu demiurgowi w osobie Gai Grzegorzewskiej i nie kwitujcie powikłanej fabuły tylko i wyłącznie mianem, za przeproszeniem, zdrowo popieprzonej. Zastanówcie się, czemu taka jest. Bo tylko stawiając twórczyni czoła jako wymagający czytelnik, zasłużycie sobie na jej  prawdziwy szacunek.

Kino Świat
Poprzedni

Piknik z niedźwiedziami - Nick Nolte i Robert Redford kontra przyroda [recenzja]

Znakomite
Następny

Szkielet - Salvador Sanz [patronat]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

Dodaj komentarz