KSIĄŻKI 

Krew i stal. Kraina martwej ziemi – mocny, swojski debiut [recenzja]

Dobrej fantastyki nigdy dosyć, szczególnie, gdy to Polacy próbują udowodnić, że nie tylko zachodnimi wzorcami nasza literatura żyje. Jacek Łukawski w swojej debiutanckiej powieści Ameryki wprawdzie nie odkrywa, ale i na brak oryginalności narzekać nie można.

Pierwszy tom cyklu „Krew i stal”, zatytułowany „Kraina Martwej Ziemi” fabularnie pozostaje wierny wszelkim założeniom gatunku, doskonale odzwierciedlając wzorzec fantasy, według którego musimy mieć stworzone przez autora uniwersum i bohatera wyruszającego na wyprawę, od której zależą losy świata, albo przynajmniej jakiejś społeczności, jaką dzielny protagonista musi ocalić. Tak też jest i tutaj. Zagrożone królestwo, artefakt mogący je ocalić i grupa wojowników pod wodzą niejakiego Dartora, która wyrusza, by przeprawić się przez tytułową Martwą Ziemię. Nic nowego. Mamy też słowiańskie nawiązania, a więc zamiast zwyczajowych krasnoludów, elfów i całej tolkienowskiej hałastry przewijają się tutaj swojskie wiły, południce i inne stwory wylęgnięte w rodzimym bestiariuszu. Tu też, wbrew pozorom nie ma nic nowego, do czego zresztą sam autor sprytnie się dystansuje opowiadając ustami jednego z bohaterów historyjkę o łapiącym potwory długowłosym cudaku z dwoma mieczami na plecach… Ustalmy więc jedno, mamy tu klasyczne fantasy przefiltrowane przez wzorce polskiej fantastyki. Czy to źle? Bynajmniej! Upór co niektórych krytyków literackich domagających się rewolucji gatunkowych może i jest zasadny, ale przecież większość z nas wzorem inżyniera Mamonia lubi to, co już zna. Tak więc fantasy, wraz ze swoją mnogością odmian gatunkowych powinna fantasy pozostać. Jacek Łukawski wie o tym doskonale, perfekcyjnie poruszając się w stworzonym przez siebie świecie przedstawionym. Pozornie banalne zawiązanie fabularne służy mu jako punkt wyjścia do całkiem zmyślnej intrygi, w której do ostatnich stron trudno przewidzieć rozwiązanie. Już za to należą się autorowi brawa. Na tym jednak pochwały się nie kończą.

Za sprawą genialnego w swej prostocie zabiegu udało się stworzyć wciągającą i unikalną powieść. Oczywiście, nie pozbawioną wad, ale są one niejako wbudowane w konwencję i prawo serii.

Jacek Łukawski, choć z zawodu jest grafikiem komputerowym, pasjami w młodości zajmował się rekonstrukcją historyczną i miłość do oręża i władania nim widać na każdej, niemal, ze stron. Przybliża to całość do realistycznej odmiany fantasy w stylu Joego Abercrombie czy Milesa Camerona. Plastyczne i szczegółowe opisy wraz ze znajomością realiów i militariów sprawiają, że książkę czyta się z niesłabnącą przyjemnością, tym bardziej, że autor zadbał również o stylizacje językowe, ale nie popadając przy tym w zbędny manieryzm. Konia z rzędem temu, kto rozpozna w autorze debiutanta.

Najciekawszym zabiegiem jest jednak prezentacja świata przedstawionego i prowadzenie narracji. Widać wyraźnie, że Łukawski doskonale obmyślił sobie zarówno całe uniwersum, jak i sposób jego przedstawienia i nigdzie się z tym nie śpieszy. Obraz świata poznajemy głównie z rozmów bohaterów, tym samym, narrator wszechwiedzący sprytnie unika odsłonięcia wszystkich kart, a czytelnik musi sobie samodzielnie poskładać posiadaną układankę, mając na uwadze fakt, że niektórzy z rozmówców mają skłonności do konfabulacji. Co więcej, linia fabularna zarysowana we wstępie z czasem zaczyna się rozrastać i rozgałęziać, otwierając nowe możliwości i wątki, a przy tym skutecznie dezorientując odbiorcę odnośnie potencjalnego protagonisty. Autor stopniowo odkrywa kolejne tropy, dopiero w finale sugerując (!), kto może być głównym bohaterem. Wzmaga to uczucie niepewności w trakcie lektury, bo trudno założyć, która z pojawiających się w utworze postaci przeżyje. Znów więc brawa – za sprawą genialnego w swej prostocie zabiegu udało się stworzyć wciągającą i unikalną powieść. Oczywiście, nie pozbawioną wad, ale są one niejako wbudowane w konwencję i prawo serii (a więc na przykład nie zdradzić zbyt dużo w pierwszym tomie), nie będziemy więc ich wytykać. Krótko mówiąc, świetny debiut, czekamy na ciąg dalszy, by ostatecznie ocenić „Krew i stal”.

pressure-2015
Poprzedni

Pressure – thriller na bezdechu [recenzja]

07-zglos-sie
Następny

07 zgłoś się. Muzyka z serialu - Borewicz nie gorszy niż Bond [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz