KSIĄŻKI 

Królowie Dary – mistrzowskie fantasy made in China [recenzja]

Wydawnictwo SQN coraz częściej i śmielej zapuszcza się w rejony literatury fantasy. Cieszy to tym bardziej, że na naszym rynku konieczna jest alternatywa dla dominujących w tym gatunku wydawnictw rodzimych prezentujących często poziom dość przeciętny.

Ken Liu to pochodzący z Chin pisarz, poeta, tłumacz, programista i… prawnik. Wielokrotnie nagradzano go Nebulą, Hugo i World Fantasy Award za liczne opowiadania i przekłady. Sądząc po treści jego debiutanckiej powieści, jest też niewątpliwie wielkim miłośnikiem historii i znawcą realiów swego ojczystego kraju. Właśnie na kanwie autentycznych zdarzeń z dziejów Chin oparto „Królów Dary”. Pierwszy cesarz dynastii Quin, Quin Shi Huang w 221 roku przed naszą erą zjednoczył tak zwane Walczące Królestwa i do dziś pozostaje postacią wielce kontrowersyjną. Słynął z postępowości, ujednolicił pismo, waluty, wagi, jednocześnie w bardzo brutalny sposób rozprawiał się z wszelkimi przejawami buntu, a jego rządy cechował bezlitosny terror. Po jego śmierci w Chinach wybuchła wielka wojna domowa, która przetoczyła się przez kraj zabierając ze sobą setki ludzkich istnień. To zaledwie punkt wyjścia do stworzenia fantastycznego świata pełnego wyrazistych bohaterów, który Liu potraktował z wielkim znawstwem gatunku, przyprawiając całość specyficzną chińską skłonnością do snucia niezwykłych opowieści.

Akcja powieści rozgrywa się na Wyspach Dary, które niegdyś były podzielone na siedem królestw. Zostały zjednoczone pod jednym sztandarem przez cesarza Mapidere, który choć pragnął zakończyć wszelkie konflikty, swoimi okrutnymi rządami doprowadził do jeszcze większych tragedii swojego ludu. Bohaterami utworu są dwaj przyjaciele. Kuni Garu to zwykły, choć przebiegły rzezimieszek, który pod wpływem pięknej Jii, dziewczyny z wysoko sytuowanej rodziny, wkracza na drogę rebelii. Mata Zyndu to z kolei potomek rodu mężnych generałów, ulubieniec bogów i typowy heros. Nie mogąc pogodzić się z utraconym dziedzictwem i cierpieniem ludzi również buntuje się przeciw władzy cesarskiej. Choć obaj przyjaciele mają ten sam cel, różni ich koncepcja tego, jak powinien wyglądać świat po obaleniu tyrana. Jak mówi hasło na książce – „definicja sprawiedliwości zmienia się w trakcie trwania rewolucji”. Dwie frakcje mające przeciwko sobie cesarską armię stają do nierównej walki, a przyjaciele szybko stają się rywalami.

Liu w perfekcyjny sposób bawi się gatunkami, na pierwszy plan wysuwając oczywiście epickie fantasy, ale wplata we wszystko historię, chińskie legendy, mity, a nawet odrobinę steam-punka.

Liu w perfekcyjny sposób bawi się gatunkami, na pierwszy plan wysuwając oczywiście epickie fantasy (wielkie, drobiazgowo opisane bitwy), ale wplata we wszystko chińskie legendy, mity, a nawet odrobinę steam-punka, wraz z potężnymi sterowcami i latającymi machinami. Najważniejsi są tu jednak ludzie. W ostatnich latach zwykło się porównywać wszystkie utwory fantasy do „Gry o Tron” G.R.R. Martina i trzeba przyznać, że w tym przypadku „Królowie Dary” wychodzą z zestawienia obronną ręką. Liu również konstruuje misterne intrygi i zarzuca czytelnika mrowiem bohaterów, co z kolei sprawia, że powieść czyta się w dużym skupieniu, by nie pogubić się w natłoku postaci, z których każda ma swoją historię do opowiedzenia, a niepozorne na pierwszy rzut oka wydarzenia mają ogromne znaczenie w przyszłości. I rzeczywiście, porównując całość do najsłynniejszego dzieła G.R.R. Martina można doszukać się podobieństw, ale na tyle specyficznych, że nie ma mowy o inspiracji, prędzej porwałbym się na określenie niektórych wątków (dotyczących Kuni i Mata) jako wczesnych lat Neda Starka i Roberta Baratheona. Ale tu z kolei wyłania się kolejny aspekt. Niezwykłość powieści, jej specyficzny język i niewiarygodna wprost dbałość o niuanse i detale, które ujawniają się na różnych płaszczyznach powoduje, że powieść Liu nie tylko się pochłania, ale zaczyna szukać innych znaczeń. Tym samym, odkryłem, że zarówno Kuni jak i Mata są inspirowani prawdziwymi postaciami, buntownikiem Liu Bangiem i generałem Xiang Yu. Historia więc zatacza koło. W końcu Martin otwarcie przyznawał się do inspiracji historią powszechną, Ken Liu sięga wręcz do źródeł. Pytanie, czy dalsze części konfliktu (mamy wszak do czynienia z pierwszym tomem) będą podążały drogą historyczną, czy autor pozwoli sobie na większe odstępstwa. Niewątpliwie warto czekać na ciąg dalszy, tak jak niezbędnym zdaje się zapoznać z dziełem, które zachwyci nie tylko miłośników historycznego i epickiego fantasy. Trzeba jednak przyznać, że jest to literatura na wskroś męska, a czytelniczki mogą być zawiedzione brakiem wyrazistych postaci żeńskich. Pamiętajmy jednak, że tysiące lat temu historię tworzyli mężczyźni, może wtedy panie zechcą wybaczyć autorowi ten niewielki niedostatek.

A24
Poprzedni

The Witch - najlepszy film grozy dekady [recenzja]

game-of-thrones-season-6-character-poster-full-2
Następny

Gra o tron 06x01 - a kto umarł, ten nie żyje? [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz