KSIĄŻKI 

Księżniczka po przejściach – zbuntowany produkt Hollywood [recenzja] [książka] [autobiografia]

Przez ekrany kinowe całego świata trwa triumfalny pochód „Przebudzenia mocy”. Kto pragnie odtrutki na to wszędobylskie szaleństwo, niech sięgnie po książkę, którą napisała aktorka grająca najważniejszą kobiecą rolę w gwiezdnej sadze. Czemu to odtrutka”? Choćby dlatego, że w  „Księżniczce po przejściach” znajdziemy między innymi takie zdanie: „Niemal czterdzieści lat temu George Lucas zrujnował mi życie”.

Carrie Fisher mając około dwudziestu lat zagrała w  „Gwiezdnych Wojnach” młodą księżniczkę, ale jej Leia nie była zjawiskową i omdlewającą  pięknością, tylko zaradną rebeliantką z wypisaną na twarzy inteligencją, dziwną fryzurą oraz poważnym stosunkiem do otaczającej ją rzeczywistości. Po latach, w „Przebudzeniu mocy” widzimy już babcię, w nowym uczesaniu i z chirurgicznie ponaciąganą na twarzy skórą, przez co wypowiadanie się przychodzi jej z pewną trudnością. W ogóle odnosi się wrażenie, że ma słabo napisaną rolę do nowego filmu i jakoś nie pasuje do gwiezdno-wojennego anturażu. Niby przejmuje się wydarzeniami, niby się martwi, ale pewnie najchętniej wykrzyczałaby na całą galaktykę – do jasnej cholery, co ja tu znowu robię?! Ano tak, przez ponad trzydzieści lat od „Powrotu Jedi” sporo się zmieniło – zarówno w życiu księżniczki Lei, jak i samej Carrie Fisher. A może tak naprawdę nic się wcale nie zmieniło – ta kobieta po prostu od lat gra rolę  rebeliantki.

Carrie Fisher jako Leia na zawsze stała się ikoną popkultury, ale życia w blasku fleszy i wśród ekranowych sław doświadczała już od urodzenia.

Powróćmy do cytatu, z którego dowiedzieliśmy, że Lucas zrujnował Carrie Fisher życie. Ciąg dalszy tej wypowiedzi jest już stonowany: „Oczywiście w najsympatyczniejszy możliwy sposób”.  Z taką narracją, dowcipnie balansującą na krawędzi i przechodzącą ze skrajności w skrajność mamy do czynienia w całej książce. Carrie Fisher jako Leia na zawsze stała się ikoną popkultury, ale życia w blasku fleszy i wśród ekranowych sław doświadczała już od urodzenia. Jej rodzice, aktorka Debbie Reynolds i piosenkarz Eddie Fisher byli w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku ulubieńcami Ameryki, skutkiem czego  Carrie raczej nie da się określić mianem zwykłego zjadacza chleba, sama siebie określa jako „genetycznie zaprogramowany produkt Hollywood”. Jeśli ojca widuje się częściej w telewizji niż w rzeczywistości, to życie szybko nabiera surrealistycznych znamion. W takim przypadku w ogóle istnieje problem z definicją rzeczywistości, która szczególnie w przypadku dzieci celebrytów formowana jest wyłącznie przez hollywoodzkie standardy. A dorzućmy jeszcze, czekające na aktorkę w przyszłości powiązanie jej osoby po wsze czasy z wizerunkiem księżniczki Lei. Przez ów mechanizm nakładania się świata wyobrażonego na realny, Carrie Fisher miała wszelkie prawo do psychicznej i emocjonalnej niestabilności.

Sama zresztą pisze o sobie, że jest postacią „jakby wymyśloną”.  „Księżniczka po przejściach” (w oryginale to po prostu „Wishful drinking”) jest właśnie opowieścią o tym, jak sobie z tym wszystkim aktorka nie tyle próbowała radzić, co zupełnie nie radziła. To temat, który podejmowała już wcześniej w sfilmowanej przez Mike’a  Nicholsa powieści „Pocztówki znad krawędzi”, ale widać wciąż go nie wyczerpała. O dziwo,  „Księżniczka po przejściach” nie jest żadnym rozdrapywaniem ran, czy odprawianiem egzorcyzmów. Carrie Fisher jest dzisiaj w większym stopniu pisarką niż aktorką i poprzez dobór specyficznej formy, w książce przeprowadza na sobie rodzaj autoterapii.

To autobiografia znacznie odbiegająca od jej zwyczajowej definicji. W zasadzie to, co prezentuje Fisher na jej stronach, nie do końca sprawdza się w formie papierowej. „Księżniczka po przejściach” jest bowiem wiernym zapisem wykonywanego w formie stand-up’u przedstawienia, w którym autorka opowiadała o swoim dziwnym, na zawsze związanym z Hollywoodem życiu. Humor, tak jak w przypadku całego legionu  zawodowych komików,  staje się tu głównym mechanizmem obronnym w starciu z tym, co ma do „zaoferowania” nieprzyjazna rzeczywistość. Aktorka kpi ze wszystkiego (oprócz, stanowiącej dla niej chyba jedyną opokę i wartość na tym świecie, córki Billie). Z matki i ojca, z George’a Lucasa i gwiezdnej sagi, z przeróżnego zastosowania wizerunku księżniczki Lei i przede wszystkim ze swoich upublicznionych nałogów (alkohol, leki, narkotyki, seks) i psychicznej choroby – tą okazuje się, jakże eksploatowana ostatnio w popkulturze depresja maniakalna, czyli dwubiegunowość. Z jednej strony, niektóre z tych kpin to komiczne i często bezpruderyjne  perełki – jak porównanie tytułu „Star Wars” do życia i zachowań jej rodziców (wojny gwiazd), opisy ekscesów ojca: („Najpierw osuszał jej łzy swoją chusteczką, potem pocieszał ją bukietami kwiatów, a na koniec do kwiatów dołączył swojego penisa”), czy krótka historyjka o podarowanych jej i jej babci wibratorach. Z drugiej strony mamy tu jednak do czynienia ze śmiechem przez łzy i nieustanną walką z koszmarami, których nie sposób się pozbyć i jedynym wyjściem jest nauczyć się, jak z nimi żyć.

Dlatego też „Księżniczka po przejściach”, będąc po części bezlitosną analizą hollywoodzkiego snu, jest także rodzajem autoterapii, dzięki której autorka uzyskiwała „poczucie kontroli nad własnym szaleństwem”. A przy tym to również uczciwe spojrzenie na celebrycki blichtr Fabryki Snów, bez wypierania się go, swoiste pogodzenie się z tym, przed czym nie ma już ucieczki. Carrie Fisher rzeczywiście jest genetycznie zaprogramowanym produktem Hollywood,  bo czy gdyby tak nie było, zobaczylibyśmy ją na ekranie w „Przebudzeniu mocy”, albo czytali jej, bądź co bądź mocno ekshibicjonistyczne wynurzenia? Aktorka (i pisarka) ma pełną świadomość, że na zawsze pozostanie częścią tego cyrku, ale pamiętajmy – jest rebeliantką. Hollywood z reguły przeżuwa, pożera i wydala swoje ofiary. A Carrie Fisher robi co może, by temu bezlitosnemu monstrum stanąć kością w gardle.

Sarah Lee/The Guardian
Poprzedni

10 ulubionych filmów Chucka Palahniuka

Warner Music
Następny

Node – fascynująca podróż przez dźwięk [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz