KSIĄŻKI 

Mam cię na muszce – tchórz i pijak, Charlie Mortdecai [recenzja]

Charlie Mortdecai – miły, bogaty, tchórzliwy, niestroniący od wszelkich rozrywek marszand, który macza palce w działalności przestępczej, żeby zapomnieć o hemoroidach – powraca w drugim tomie swoich przezabawnych i niebezpiecznych przygód.

Bohatera zastajemy dokładnie w tym samym miejscu i dość nieciekawej sytuacji, w których pozostawiliśmy go w „Nie wymachuj mi tym gnatem”. Nieoczekiwanie zostaje postawiony przed ultimatum: albo poślubi piękną namiętną i obrzydliwie bogatą Johannę Cramf albo pożegna się z tym światem. Wybór wydaje się oczywisty, ale stoją też za nim pewne obwarowania, którym biedny Charlie, korpulentny pijak w średnim wieku, musi sprostać. Zostaje więc mimowolnie wciągnięty w sieć brawurowych intryg, m.in. zamach na królową, przemyt narkotyków i inwigilację triady, ale też musi sprostać niepohamowanemu apetytowi uwodzicielskiej żony oraz odbyć morderczy trening w ośrodku dla kobiet-szpiegów.

„Mam cię na muszce” to świetna parodia gatunku, pulpa pełną gębą, do której chce się wracać, a przynajmniej wspominać co soczystsze kawałki.

Otarcie się o śmierć i teoretyczna stateczność u boku żony nieco odmieniły Mortdecaia – stał się czujniejszy i sprytniejszy, co zdecydowanie przełożyło się na dynamikę postaci. Owszem wciąż kombinuje na umór i popija drinki o każdej możliwej porze, ale jego lenistwo ustąpiło instynktowi samozachowawczemu. Bohater dwoi się i troi aby tylko uniknąć śmierci bądź wymownego rozczarowania małżonki, a okazji aby stało mu się coś przykrego lub ostatecznego autor serwuje aż nadto.

Bonfiglioli ma niebywale lekkie pióro i operuje cudnym surrealistycznym humorem spod znaku Monthy Pytona i P. G Wodehouse’a, a przy tym kreśli wciągającą, nie głupią kryminalną intrygę pełną zwrotów akcji i komicznych sytuacji, trochę w stylu przygód Jamesa Bonda. Wykorzystuje do tego mnóstwo ironii, celnych ripost, sprośnych uwag, zaskakujących porównań i niewybrednych komentarzy, które warto sobie notować i cytować w życiu codziennym ku poprawieniu samopoczucia. I tylko szkoda Jocka, najlepszego pseudolokaja na świecie, którym tym razem został odsunięty nieco na bok, przez co zabrakło tych elektryzujących wspólnych scen.

„Mam cię na muszce” to świetna parodia gatunku, pulpa pełną gębą, do której chce się wracać, a przynajmniej wspominać co soczystsze kawałki. Autor wyciągnął naukę z pierwszej części, pozbywając się jej błędów – narracja jest już liniowa i płynna, a fabuła zwarta, dzięki czemu przyjemność z lektury wzrasta proporcjonalnie. Dla wielbicieli angielskiego humoru i odrobiny dreszczyku, jak znalazł.

Egmont
Poprzedni

Amerykański Wampir tom 3 – Krwiopijcy i naziści według Snydera [recenzja]

ABC
Następny

Glitch - Kolejny powrót zmarłych [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz