KSIĄŻKI 

Miasto – nieco inny, równie znakomity Koontz [recenzja]

Dean Koontz od dawna zajmuje miejsce w ścisłej czołówce pisarzy grozy. Powieści takie jak „Odwieczny Wróg”, „Pieczara gromów” czy seria z Oddem Thomasem zaskarbiły mu dozgonną miłość milionów czytelników. Jednak w „Mieście”, Amerykanin postanowił opowiedzieć nam zgoła inną w swej wymowie historię.
To przede wszystkim opowieść o ludziach, o konsekwencjach ich życiowych wyborów, o tym jak wspaniały, a zarazem okrutny potrafi być los.

„Miasto” to poniekąd autobiografia kilku młodzieńczych lat życia genialnego fortepianisty. Pięćdziesięcioletni teraz Jonasz Kirk, będący naszym przewodnikiem po niezwykłych wydarzeniach w jakich dawno temu przyszło mu wziąć udział, prowadzi nas przez historię nieodłącznie związaną z jego niezwykle utalentowaną rodziną, a także ludźmi jacy – przypadkiem bądź nie – stanęli na jego drodze. Z częścią z nich zaprzyjaźnił się na zawsze, inni mieli dybać na życie jego i najbliższych, wszyscy jednak nieodmiennie odcisnęli trwałe piętno na dalszym życiu bohatera.

Koontz to taki autor, który nikomu udowadniać już nic nie musi. Ponad czterysta pięćdziesiąt milionów egzemplarzy sprzedanych książek mówi samo za siebie i stanowi bardziej niż wystarczający powód by wygodnie trzymać się marki, jaką wykreowało się sobie przez lata. Tym bardziej należy docenić powstanie „Miasta”, które jednoznacznie oznajmia, że Amerykanin jest jednym z twórców nieustannie poszukujących.

Takie stwierdzenie nie oznacza, że Koontz w „Mieście”odciął się całkowicie od poprzedniej twórczości. Bynajmniej, elementy nadnaturalne na kartach powieści pojawiają się przynajmniej kilkukrotnie, jak choćby przyobleczona w ludzkie ciało dusza tytułowego miasta. Ich rola w historii to jednak zaledwie jedna z warstw całej opowieści, nabierająca znaczenia dopiero w oczach kilkuletniego chłopaka. Bo „Miasto”, to przede wszystkim opowieść o ludziach, o konsekwencjach ich życiowych wyborów, o tym jak wspaniały, a zarazem okrutny potrafi być los. Koontz przedstawia tym razem magię której zwykliśmy nie zauważać, kryjącą się tuż obok nas w przemijających na pozór w odcieniach szarości kolejnych dniach.

Niezwykłość codzienności udało sie autorowi scalić z postaciami które, śmiem twierdzić – wyszły Koontzowi najlepiej w historii. Poczynając od głównego bohatera-narratora, do którego z miejsca można zapałać sympatią, rewelacyjny jest także drugi plan. I dla przykładu, taka Fiona Cassidy potrafi napędzić gęsiej skórki swą lodowatą obojętnością, ale już panu Yoshioce będziemy raz współczuć, by w miarę rozwoju wydarzeń drżeć o jego los i w końcu podziwiać – a to tylko dwie z całej grupy intrygujących postaci. Jak pisałem wcześniej, „Miasto” to przede wszystkim opowieść o ludziach – a dzięki swym bohaterom wskakuje o poziom wyżej, sprawiając wrażenie rzeczywistej autobiografii.

Przy tym wszystkim nie wypada nie docenić warsztatu Amerykanina. Koontz pisze pięknie, jego język aż skrzy się od ukrytych znaczeń (ile z tego wyłowimy, zależy już od nas) i detali, nie tracąc ani na chwilę płynności. W efekcie, mimo relatywnie niewielkiego tempa opowieści,  przez książkę po prostu się galopuje. Kolejne rozdziały nie są długie i co bardzo charakterystyczne dla stylu pisarza, w mniej  lub bardziej wyraźny sposób zakończone cliffhangerami, co jeszcze bardziej potęguje „syndrom następnej kartki”.

„Miasto” to bardzo udana książka. To też na pewno nie ten sam Koontz, do którego przyzwyczailiśmy się przez lata. Chętniej uderzający we wrażliwe struny ludzkiej duszy, operujący znacznie bliżej rzeczywistości , ale wciąż opowiadający o rzeczach nie mniej niezwykłych. I jeśli potrafi ten fakt zaakceptować, znakomitą rozrywkę mamy zagwarantowaną.

Meredith Truax
Poprzedni

Poppy – iluminackie pranie mózgu czy satyra na popkulturę?

Azymut t.3 Antropotamy Nihilu
Następny

Azymut #3: Antropotamy Nihilu - przepiękna jazda bez trzymanki [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz