KSIĄŻKI 

Na końcu wchodzą ninja – nie tylko dla geeków [recenzja] [książka]

„Na końcu wchodzą ninja” to nie tylko napisana z werwą i humorem powieść obyczajowa. To również ważny tekst opisujący fenomen gier komputerowych oraz ciężką pracę stojących za ich tworzeniem ludzi, nierzadko padających na twarz ze zmęczenia, ale najwyraźniej zadowolonych z tego co (i gdzie) robią.

W powieści Saszy Hady znajdziemy fragment, w którym porównuje się tworzenie gry komputerowej do przygotowywania wystawnego, teatralnego spektaklu. W skrócie – mamy dużą grupę ludzi odpowiedzialnych za poszczególne elementy, ludzi którzy muszą dogadać się między sobą i zrobić wszytko jak najlepiej. Robi się to ze świadomością, że po ukazaniu się finalnego produktu i tak zawsze pojawią się krytyczne oceny i rzesza malkontentów, nie mających pojęcia przez jaką twórczą i jednocześnie odtwórczą orkę przeszła każda ze stojących za grą osób, wymienionych później jedynie w napisach końcowych, najczęściej pomijanych przez graczy. Dopiero w „Na końcu wchodzą ninja” możemy przekonać się, ile jest w tym nerwów  i wyczerpujących, zarwanych nocy w cholernie długim, bo kilkuletnim nawet procesie i oczekiwaniu na efekt końcowy. A za tym wszystkim stoją bądź co bądź zwykli ludzie, a nie jakiś jeden twórca-demiurg. Ludzie, którzy oprócz tworzenia gry, muszą wieść także normalne życie. No właśnie, czy w tym ich życiu rzeczywiście jest coś ciekawego?

Autorka pełnię talentu pokazuje w partiach tekstu dotyczących tworzonej w studiu gry – znajdujący się na początku książki prolog, będący sfabularyzowanym fragmentem „Road to Fort Fraser”, bezbłędnie wprowadza do książki jej alternatywnych bohaterów i szczerze zaciekawia zawiązaniem intrygi

„Na końcu wchodzą ninja” mają zbiorowego bohatera, choć na początku wydaje się, że będzie też główny, w postaci Marcina, zatrudnionego na stanowisko producenta do fikcyjnego studia Nasty Oranges. Przez długą część książki, od Andrzejów, Krzyśków, Marcinów, Karolin, Julek i innych, trochę kręci się w głowie i mija sporo czasu, zanim porozstawiamy sobie w głowie wszystkich bohaterów i powiązania między nimi. W książce znajdziemy zresztą odniesienie do kultowego i świątecznego, ale w taki przekorny sposób filmu, „To właśnie miłość”. To jest najlepszy trop, jeśli mielibyśmy do czegoś porównywać fabułę powieści. „Na końcu wchodzą ninja” jest bowiem obyczajową komedią, przeplataną jednak wątkami dramatycznymi. I przez to, do słodko-gorzkiej wymowy książki nie do końca pasuje przyjemny w czytaniu, gawędziarsko-kpiarski styl, który nieco wybija z rytmu, kiedy natykamy się na nacechowane większą powagą fragmenty. Tak naprawdę, autorka pełnię talentu pokazuje w partiach tekstu dotyczących tworzonej w studiu gry – znajdujący się na początku książki prolog, będący sfabularyzowanym fragmentem „Road to Fort Fraser”, bezbłędnie wprowadza do książki jej alternatywnych bohaterów i szczerze zaciekawia zawiązaniem intrygi. Czuć tu ducha Andrzeja Sapkowskiego, co zresztą nie powinno dziwić, skoro na okładce przeczytamy, że Sasza Hady jest jednym ze współscenarzystów gry „Wiedźmin 3 – Dziki Gon”.

Ano właśnie, największą wartością książki staje się to zestawienie dwóch światów, czyli wpływ twórców na własną grę, zabierającą im przecież sporą część życia i odwrotnie – po pewnym czasie bohaterowie gry, na czele z nieprzeniknioną, tajemniczą Avery, zaczynają jakby żyć własnym życiem i wymykać się autorom. W Nasty Oranges trwa bowiem mozolna praca nad czwartą już częścią bestselerowej „Road to Fort Fraser „, kiedy w niewytłumaczalny sposób znika dyrektor kreatywny, Jasiek Retmeijer, będący najważniejszym ogniwem spajającym twórcze wysiłki całego teamu – bez niego wszystko może się zawalić. Zaraz potem do firmy trafia, nie posiadający żadnego doświadczenia w branży Marcin, który ma sprawować opiekę nad działem odpowiedzialnym w grze za questy. Wydaje się, że zostanie rzucony na pożarcie różnym biurowym wyjadaczom, ale z czasem okazuje się radzić sobie całkiem nieźle. Z każdym dniem coraz bardziej, mimo momentami niesprzyjającej, czy nawet niezrozumiałej dla niego atmosfery, angażuje się w projekt. A skąd się to zaangażowanie bierze? Po prostu sama gra, jej intrygująca fabuła i postacie, plus twórczy chaos panujący nieprzerwanie w studiu sprawiają, że po prostu uruchomił wyobraźnię.

Wyobraźnię uruchomiła również sama autorka powieści, tworząc barwną  galerię mniej lub bardziej sympatycznych postaci. Wyróżnia się wśród nich rycerski i przez to obrywający często po nosie Wojtek z działu questowców oraz związana z jednym z pracowników studia Danka, wielbicielka wcale nie gier, a bardzo dobrych książek, które wydają się mieć nad nią tajemniczą władzę. Oczywiście mamy mniejsze lub większe intrygi biurowe i ich czasami niespodziewane konsekwencje, udaną panoramę zaśnieżonej Warszawy, sporo damsko-męskich, przedstawionych z sympatią relacji, a także (dzięki za to!) kompletny brak polityki, przez co fabuła wydaje się jakby trochę odrealniona. A że to wszystko dzieje się w raczej nieznanej dotychczas polskim czytelnikom, scenerii twórców gier komputerowych, mamy co i rusz odniesienia do popkultury i czasem dosyć nieprzewidywalne (niczym w „The Big Bang Theory”) interakcje. I chociaż nie jest to książka przeznaczona tylko dla geeków, to dość często trzeba zaglądać do zamieszczonego pod koniec słowniczka, w którym znajdziemy definicje wplatanego w dialogi firmowego żargonu. No dobrze, a jeśli to nie tylko książka dla geeków, to dla kogo jeszcze? Jakby to śmiesznie nie zabrzmiało – dla ludu. W większości młodego i zapracowanego,  na pewno nie tylko z samej stolicy, ludu który codziennie rano stoi w tramwaju, bądź w innych środkach komunikacji miejskiej, ściśnięty niczym sardynki w puszce, bądź tkwi w ulicznych korkach, zamiast mknąć pustą autostradą w swoim ukochanym aucie gdzieś hen, w bezkresną dal. Tak, kochany polski ludu, z warszawskiego Mordoru, Saskiej Kępy i z innych ciekawych miejsc – w tej książce po prostu odnajdziecie samych siebie.

Filmostrada
Poprzedni

Ostatni Rycerze - kolejna powtórka z rozrywki [recenzja]

Sonia Draga
Następny

Rodzinny interes - Historia przemocy [recenzja] [książka] [thriller]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz