KSIĄŻKI 

Nazywam się Charlotte Simmons – Wolfe bez pazura i werwy [recenzja]

Tom Wolfe to mistrz powieści socjologicznych, współtwórca nurtu Nowego Dziennikarstwa. W opasłym dziele „Nazywam się Charlotte Simmons” satyrycznie przedstawia środowisko amerykańskich studentów.

Powieść koncentruje się na tytułowej Charlotte Simmons, młodej i naiwnej studentce, która przyjechała na Uniwersytet Dupont, jedną z najbardziej renomowanych uczelni w kraju, prosto z niewielkiej mieściny, wyrywając się tym samym ze świata surowego i religijnego, gdzie wciąż obowiązują pruderyjne zasady, a ona sama jest nadzieją nie tylko swych rodziców i nauczycieli, ale całej społeczności. Jej marzenia i wyobrażenia bardzo szybko rozbijają się w zderzeniu z rzeczywistością życia studenckiego, gdzie nauka nie ma większego znaczenia, dominuje natomiast seks, alkohol i układy pomagające zdobyć lepszą pozycję w grupie. Liczy się tylko fizyczna przyjemność, dobra zabawa i status materialny. Śmietanka elitarnej młodzieży okazuje się bandą rozkapryszonych i zepsutych dzieciaków, wśród których prosta dziewczyna o mocnym kręgosłupie moralnym może poradzić sobie jedynie nie zapominając o tym kim jest i skąd pochodzi. Czy uda jej się zachować niewinność i własną osobowość? Czy rzeczywiście jest jedyną uczciwą w tej Sodomie?

Autor opowiada historię prawdopodobną, a ponieważ opowiadać potrafi, książka powinna być udana. Niestety, sukces jest tylko połowiczny. Wolfe jakoś stracił swój pazur i werwę, której nie brakowało w jego wcześniejszych tekstach.

Tom Wolfe skoncentrował się seksualnych i materialnych aspektach życia studenckiego, podkreślając upadek kultury i obyczajów, jednocześnie uwypuklając manipulacje polityczne, jakie wprowadzają wysoko postawione osobistości, by odpowiednio wcześnie ukształtować sobie przyszły elektorat i współpracowników. Jak przystało na mistrza dziennikarskiego fachu, przed napisaniem powieści przeprowadził stosowny reaserch, w związku z czym przyznaje, że fikcyjny Dupont jest tak naprawdę mieszanką Harvardu, Yale, Princeton, Duke i Stanford. Przyznam, że akurat zapewnienia o tych badaniach nie są niezbędne, bowiem to co opisuje Wolfe nie jest wcale tak bardzo odległe od tego co dzieje się na niektórych polskich uczelniach, zszokowani brakiem pruderii mogą być więc tylko ci, którzy święcie wierzą, że studia polegają wyłącznie na nauce. Autor nie stara się nic szczególnie przerysowywać, nie musi. Opowiada historię prawdopodobną, a ponieważ opowiadać potrafi, książka powinna być udana. Niestety, sukces jest tylko połowiczny.

Wolfe jakoś stracił swój pazur i werwę, której nie brakowało w jego wcześniejszych tekstach. Szczególnie irytujące w jego wydaniu jest skupianie się słownictwie, wulgaryzmach i slangu współczesnej młodzieży, co niestety, nie zawsze mu się udaje. Dziwi również fakt, że autor tego pokroju tak łatwo wkomponowuje się w stereotypy. Jak zwykle najgorsi to niezbyt lotni sportowcy, pozytywni są komputerowi maniacy, nie mający powodzenia u kobiet, a najprzystojniejszy lowelas na uczelni oczywiście będzie musiał prędzej czy później skonfrontować się z prostodusznością głównej bohaterki. Wynik spotkania i jego efekty też nie są trudne do przewidzenia, ale pozwolę sobie je zmilczeć. Ciągła walka i stopniowe utrata samej siebie głównej bohaterki wypadłaby również odrobinę bardziej przekonująco, gdyby autor spróbował poświęcić jej odrobinę mniej czasu, unikając przy okazji moralizatorskiego tonu i dyskretnego pouczania. W tej powieści bardzo wyraźnie wyróżniają się obszerne fragmenty będące jakby reportażami, niż faktyczną historią.

Głównym problemem „Nazywam się Charlotte Simmons” jest fakt, że została napisana przez tak wybitnego autora, którego umiejętnością operowania językiem nigdy nic zarzucić nie można było, ale sama w sobie nie odkrywa nic nowego, w zasadzie większości rzeczy można się domyślić po pierwszych trzydziestu stronach, a potem trzeba czekać kolejnych kilkaset aż coś się faktycznie zacznie dziać. Finał zaś jest taki, że inny być nie mógł. Nie przy tym nastawieniu autora.

Powiem krótko – bawiłem się przy powieści znakomicie, chociaż momentami miałem wrażenie, że jestem prowadzony za rękę, żebym się przypadkiem nie zgubił na ciemnej drodze. Oczekiwałem zgodnie z zapowiedziami dzieła w duchu Steinbecka, Dickensa i Zoli, dostałem dobrą książkę o (nie)obyczajności studentów i walce o dobre imię i ideały. Trochę za mało by się zachwycić, wystarczająco, by nie narzekać.

Egmont
Poprzedni

Cyrrus-Mil - świadectwo niezwykłego talentu [recenzja]

Monolith Films
Następny

Klucz do wieczności - B-klasowe kino akcji [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz