KSIĄŻKI 

Oko Boga – historia, science-fiction i maksimum akcji [recenzja]

Gdy recenzowałem „Linię krwi”, poprzednią powieść Jamesa Rollinsa utyskiwałem, że trochę zepchnięto na drugi plan tło historyczne, do tej pory tak wyraziste w serii. No i mam za swoje. W „Oku Boga” historii jest pod dostatkiem. Zresztą… Czego tutaj nie ma?

Dziewiąty tom serii Sigma Force to przykład na to jak można przeładować powieść akcją i niesamowitymi zdarzeniami. Jeśli przy poprzedniczce pisałem o wartkiej akcji nie dającej chwili na oddech, to tutaj można dostać prawdziwej zadyszki. Niemalże od początku zostajemy wciągnięci w niezwykłą intrygę, która przeciągnie nas przez pół świata, przy okazji wysadzając wszystko na swej drodze. Ale po kolei.

Oko Boga to satelita badawczy, który zostaje wysłany w kierunku przelatującej po orbicie okołoziemskiej komety. Wysłany z niego obraz ukazuje zniszczone Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Jada Shaw, astrofizyk twierdzi, że kometa spowodowała zakrzywienie czasoprzestrzeni i ukazała przyszłość, według której Ziemia ulegnie całkowitemu zniszczeniu za cztery dni. Czy jest szansa na ocalenie? Co ma z tym wspólnego makabryczne znalezisko archeologiczne: czaszka i oprawiona w ludzką skórę, zszyta ścięgnami księga? I czego tym razem dokona ekipa Sigma Force? Oczywiście wszystko miesza się we wspólnym tyglu, a czytelnik nie ma za bardzo czasu, by się nad czymkolwiek zastanowić. Ale jeśli już to zrobi, może mieć spory dylemat.

Całość cechuje większa naiwność i przeładowanie akcją, nawet w stosunku do poprzedników, ale nie ukrywajmy – po to się czyta Sigma Force.

Tło historyczne dotyka tym razem bardzo ciekawego okresu historycznego, skupia się bowiem wokół zagadki śmierci Attylli i jego uprzedniego spotkania z papieżem Leonem I Wielkim w 452 roku, po którym niepokonany barbarzyńca po prostu zaprzestał dalszego marszu przez północne Włochy i wycofał swoją armię. Historycy do dziś zastanawiają się, co wtedy się wydarzyło i jaka była przyczyna śmierci tego wielkiego wodza. Rollins z typowym dla siebie stylem połączył te wydarzenia z jeszcze większą zagadką – miejscem pochówku Czyngis-chana. Wszystko to skupia się oczywiście w Watykanie i również wiąże się z niezwykle bliską datą zagłady świata. I tutaj do akcji tradycyjnie wkraczają wysłanie przez Paintera ludzie Greya Pierce’a. Akurat przypadkiem przebywający w Hong Kongu, gdzie szukają szefowej mafii, będącej matką Seichan i wykonują tajne (jak zawsze zadanie). Teraz mają cztery dni na dotarcie do szczątków satelity (który spadł, oczywiście w Korei) i grobowca Czyngis-chana, który też gdzieś tam powinien się znajdować. Rollins nigdy nie miał problemów z zawiązaniem akcji i połączeniem wszystkich wątków i puszczeniem ich jednym torem, nie inaczej jest tutaj. Sigma Force, amerykańscy naukowcy i watykańscy uczeni odwiedzą Makau, Koreę, Mongolię i dotrą nad jezioro Bajkał, by po raz kolejny dokonać niemożliwego – ocalić świat.

I tu pojawia się problem odbioru tekstu, bo wszystko zależy od nastawienia. To że autor lubił zawsze zbliżać się do granic z nowinkami technicznymi i zagadkami historycznymi, to wiadomo nie od dziś. Przyznam jednak, że o ile z zaciekawieniem czytałem o magnetycznych opuszkach palców czy stanach splątanych, to już ciemna materia, wieloświaty i światy równoległe i zakrzywienia czasoprzestrzeni za bardzo przeniosły całość w stronę literatury po prostu science-fiction. Mógłbym przymknąć na to oko, ale skoro większość fabuły się na tym opiera, to nie mogę ukrywać, żeby mnie się to szczególnie spodobało. Obawiam się więc, że ludzie, którzy mocniej niż ja stąpają po ziemi mogą po prostu zacząć narzekać na absurdalność niektórych zdarzeń i założeń. Całość bowiem cechuje większa naiwność i wspomniane już przeładowanie akcją, nawet w stosunku do poprzedników, ale nie ukrywajmy – po to się czyta Sigma Force.  To tak jakby ktoś narzekał na przygody Jamesa Bonda, że ma gadżety i wszystkim zawsze dokopie. Tak jest i w przypadku „Oka Boga”. Nikt chyba też nie ma wątpliwości co do zakończenia, niemniej Rollins postarał się zaskoczyć (minimalnie, ale jednak) kilkoma zgonami. Bohaterów też nikt nie odkrywa na nowo – Grey wygrywa wszystko, Kowalski po prostu rządzi. Dlatego zwolennicy serii nie powinni być zawiedzeni, trzeba jednak pamiętać, że w tym przypadku lepiej za dużo nie myśleć, tylko dać się porwać akcji, która niczym wir czasoprzestrzenny przenicuje was na drugą stronę i wyrzuci niespodziewanie na końcu książki. Ale czy nie po to sięgaliście po tę lekturę?

Egmont
Poprzedni

Sherlock Holmes i wampiry Londynu #2: Umarli i żywi - prosta historia w sensacyjnym stylu [recenzja]

FX
Następny

Sex&Drugs&Rock&Roll - przebrzmiała, muzyczna legenda [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz