KSIĄŻKI 

Okrutny miecz – powrót Syna Zdrajcy [recenzja]

Cykl „Syn Zdrajcy” zapoczątkowany przez znakomitego „Czerwonego rycerza” zachwycił nas tak bardzo, że z niecierpliwością wypatrywaliśmy kontynuacji. Syndrom drugiego tomu jest przekleństwem wielu pisarzy, na szczęście w przypadku Millesa Camerona możemy mówić o kolejnym sukcesie.

Akcja „Okrutnego miecza” rozgrywa się niedługo po wydarzeniach przedstawionych w poprzednim tomie. Gabriel Muriens, słynny Czerwony Rycerz, po bohaterskiej bitwie pod Lissen Carak i pokonaniu Głoga wreszcie nie musi martwić się o finanse dla swojej armii. Jego sława zaczyna go wyprzedzać i już wkrótce otwierają się przed nim nowe możliwości, ale i pojawiają się nowi wrogowie, a dla równowagi na wierzch wypływają też cienie przeszłości. Wszystko zaś skupia się wokół wątku porwania cesarza i rewolty, jaka wybucha wówczas w państwie. Jedynym, który ma plan jak opanować sytuację, a przy okazji nieźle na tym zarobić, jest właśnie Czerwony Rycerz.

„Okrutny miecz” to idealna kontynuacja „Czerwonego smoka”, która znów przynosi imponującą dawkę adrenaliny i znakomitej rozrywki dla wymagającego czytelnika. Jedyny jej mankament, to fakt, że wyraźnie jest wprowadzeniem do większej całości i nie broni się jako samodzielna powieść.

Główny wątek zawiązuje się przy zupełnie nowych postaciach – początkującym magu: Morganie Mortimirze i Haraldzie Derkensunie, Nordykaninie z gwardii królewskiej. Z ich perspektywy poznajemy wydarzenie zaogniające cały konflikt, dopiero po pięćdziesięciu stronach pojawiają się pierwsze wzmianki o głównym bohaterze. Cameron jednak nie daje taryfy ulgowej i teraz już w pełni świadomie zaczyna prezentować poszczególne elementy swojego uniwersum. O ile „Czerwony Rycerz” w zasadzie jak w soczewce skupiał główne założenia świata przedstawionego, tak tym razem akcja przeskakuje co kilkadziesiąt stron do innych miejsc i postaci. Pojawiają się starzy znajomi i wrogowie, pyszałek De Vrailly irytuje jak zawsze, powraca Głóg, coraz śmielej poczyna sobie tkwiący w Gabrielu Harmodiusz, a do tego przez scenę przewijają się zupełnie nowe indywidua (z których do gustu najbardziej przypadła mi wspomniana na początku tego akapitu dwójka, ale warto też wspomnieć o psychopatycznym Czarnym Rycerzu i chyba przede wszystkim – prawdziwych rodzicach Kapitana).

Z tego wszystkiego wyłaniają się nowe wątki, intrygi i dylematy, które oplatają główny wątek porwania cesarza i walki o tron. Stanowi to równocześnie wadę, jak i zaletę powieści. Wadę, ponieważ tylko główny wątek znajduje rozwiązanie, podczas gdy wiele kolejnych jest tylko oczywistym wprowadzeniem do tomu trzeciego, ponadto niektórym może przeszkadzać ciągłe przeskakiwanie pomiędzy zdarzeniami i zatrważająca mnogość postaci występująca często pod różnymi imionami i przydomkami. Niewątpliwie, zwolennicy łopatologicznej i asekuracyjnej fantasy mogą się poczuć zagubieni. Zaletę, bowiem otrzymujemy tutaj wszystko co w tomie poprzednim, z tą różnicą, że tym razem rozpiętość konfliktu rzeczywiście imponuje, a wraz z pieczołowitością i dbałością o detale, które tak chwaliłem w „Czerwonym rycerzu” wprost zachwyca. Mamy tu jeszcze więcej bitew, jeszcze więcej dowodów na to, jak ogromną wiedzę historyczną posiada Cameron, jak perfekcyjnie przedstawia funkcjonowanie armii rycerzy, ich zachowanie na polu bitwy, ba, funkcjonowanie ich sprzętu.

Śmiem twierdzić nawet, że o ile intryga dorównuje pomysłom George R.R. Martina, a brutalność starć i opisów Joe’mu Abercrombiemu, to Cameron bije ich wszystkich doświadczeniem z zakresu wojskowości i rekonstrukcji historycznych. Na tym tle jeszcze ciekawiej wypada kwestia religii, stanowiąca intrygujące połączenie chrześcijaństwa z magią. A skoro przy magii jesteśmy… Pojedynki magów, samo przedstawienie magii to kolejny atut powieści. Dawno nie zetknąłem się z powieścią, w której czuć, że mamy do czynienia z prawdziwymi, potężnymi magami (a nie występującymi na pęczki czarodziejami), których jest nie tylko niewielu, ale również posiadają moc niemal boską. Czary magii wojennej to tutaj perfekcja.

Krótko mówiąc, „Okrutny miecz” to idealna kontynuacja „Czerwonego smoka”, która znów przynosi imponującą dawkę adrenaliny i znakomitej rozrywki dla wymagającego czytelnika. Jedyny jej mankament to fakt, że wyraźnie jest wprowadzeniem do większej całości i nie broni się jako samodzielna powieść (co akurat pierwszemu tomowi się udało). Pozostaje więc z niecierpliwością czekać na pierwszy kwartał 2017 i kolejną część „Syna Zdrajcy”.

kickboxer 2016
Poprzedni

Kickboxer - Ciosy na oślep [recenzja]

Baśnie-Dziedzictwo-wiatru
Następny

Baśnie #17: Dziedzictwo Wiatru - rozdział mocno przejściowy [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz