KSIĄŻKI 

Onikromos – człowiek, macki i zakłócenia rzeczywistości [recenzja]

W „Onikromosie” Paweł Matuszek zabiera nas w wyjątkową podróż, której ostateczny cel wraz z każdą przewracaną stroną nieustannie umyka zarówno czytelnikowi, jak i wyruszającemu na tę jedyną w swoim rodzaju wyprawę, głównemu bohaterowi.
Pomimo ogromu fabularnych zawirowań w imponującym multiświecie „Onikromosu” i galerii fantastycznych stworzeń i postaci go zaludniających, to człowiek stoi w centrum opowieści Pawła Matuszka.

Lektura „Onikromosu” może przyprawić o ból głowy niejednego fana literatury fantastycznej. Książka Pawła Matuszka jest niczym przepaść, wir albo tunel prowadzący do wielu rzeczywistości onirycznego makrokosmosu, ukrytego w mikropowieściowej strukturze tego prawie 800-stronicowego dzieła. „Onikromos” potrafi przytłoczyć ogromem zawartych w nim zagadek, a miejscami przytłacza również atakującą znienacka falą pękatych partii tekstu i dziesiątkami, w większości obco brzmiących neologizmów. A jednocześnie wciąga tajemniczą, skomplikowaną fabułą uruchamiając w wyobraźni czytelnika ciągi archetypicznych obrazów i każe baczniej przypatrywać się rzeczywistości wokół nas. Oddziałuje na wielu polach, czasami potrafi nawet wyprowadzić z równowagi, ale też głęboko doświadcza tych odbiorców, którzy od literatury fantastycznej wymagają czegoś więcej, niż podążania utartymi, gatunkowymi szlakami. „Onikromos” jest niczym pojawiające się w jego fabule macki nadnaturalnej istoty – ich dotyk jednych odstręczy, innych zafascynuje, ale na pewno nie pozostawi obojętnym.

Nie znaczy to, że powieść Matuszka jest odrębnym, wybitnie unikatowym produktem, stojącym samotnie na przeciwwadze tradycyjnie pojmowanej fantastyki. Czytamy i samoistnie przewijają się nam przed oczami wyobraźni znane z innych dzieł, pokrewne stworzonym przez autora obrazy. Ot choćby migawki z Nowego Crobuzon, miasta/państwa stworzonego przez przedstawiciela new weird, China Mieville’a, w którym spotkać można koegzystujących ludzi i dziwaczne, rozumne stworzenia, podobnie jak w matuszkowym Linvenogre. Nakładają się też kadry i fabuły z komiksów Andreasa, pełne zagadek, szyfrów, podobnych neologizmów i odrębnych, onirycznych światów – tak samo uważnie musimy czytać prozę polskiego autora, jak przypatrywać się naznaczonym tajemnicą rysunkom artysty. Już rozpoczynając lekturę, zauważamy podobieństwa w strukturze „Onikromosu” z „Sandmanem” Neila Gaimana, w którym scenarzysta bardzo często uciekał od głównej linii fabularnej na rzecz odrębnych, pobocznych historii, powiązanych motywami bądź poszczególnymi bohaterami – wielką zaletą powieści Matuszka jest fakt, że w tym przypadku owe poboczne historie rozgrywają się w naszej rzeczywistości, acz za każdym razem naznaczonej tajemniczymi skazami. Można jeszcze przywołać analogie z prozą Dicka, Dukaja, Stephensona, Calvino, Carrolla (Lewisa), Żerdzińskiego czy Zbierzchowskiego, a także z twórczością Jeffa Noona, z jego szaloną, odurzającą i skaczącą przez różne aspekty rzeczywistości historią ze świata „Wurta”.

A zatem „Onikromos” nie wychodzi poza obręb pewnej tradycji, jest pochodną przywołanych powyżej analogii i jednocześnie ma ambicję być rodzajem podsumowania dla tej właśnie odnogi ambitnej i poszukującej fantastyki. A że zamysłem autora było stworzyć dzieło nowatorskie i wyjątkowe, uciekające od oczywistości i wymykające się podgatunkowym szufladkom, wcale nie jest łatwo jednoznacznie je ocenić. Podróż przez „Onikromos” nie jest prosta i łatwa, książka na pewno budzi podziw kreacją świata przedstawionego i intryguje rozwojem fabuły, ale też potrafi doprowadzić do furii nieustanną ucieczką autora przed jednoznacznymi odpowiedziami. Cóż, podążanie pod prąd czytelniczych przyzwyczajeń jest świadectwem wielkiej odwagi i determinacji, a jednak to przecież czytelnicy ostatecznie ocenią wymyśloną przez pisarza historię. A ta jest trochę jak wypadające z fantastycznie wymoszczonego gniazda jajo, z którego nie zdążyło się jeszcze wykluć pisklę, a nam akurat nadarzyła się okazja przypatrywania się lotowi w dół chroniącej swą zawartość skorupki. Wiemy doskonale, czym powinien skończyć się ten upadek, ale czy na pewno? A gdyby zdarzyło się coś zgoła przeciwnego i nieprzewidywalnego?

Czym się to skończy rzecz jasna nie zdradzę, natomiast mogę podzielić się wiedzą, czym się ów lot  z „Onikromosem” zaczyna. Startujemy w naszym świecie, wśród rzeczy, z którymi zaczyna dziać się coś dziwnego. Usterkom ulegają mechanizmy odpowiedzialne za poprawne funkcjonowanie samochodu, czajnika bądź zwykłej żarówki. Czyli po prostu – rzeczy się psują. Choć może wcale nie? Może zmienia się ich funkcja, może stają się przedmiotami przeznaczonymi do czegoś zupełnie innego, tym samym oddziałując odmiennie niż zazwyczaj na swoich posiadaczy? Może zaczęły przewodzić drgania z innego świata, z innej rzeczywistości, stając się przekaźnikiem, a być może i manifestacją czegoś nieznanego? Zanim ta zagadka zdąży się rozstrzygnąć następuje skok do takiego właśnie, innego świata. A dokładniej – do miasta o nazwie Linvenogre, zamieszkałego przez gorylopodobnych, rozumnych zaminów i pająkopodobnych, także rozumnych perusów. Oraz przez człowieka. A właściwie, jeszcze dosłownie przed chwilą przez dwójkę ludzi, dwójkę braci, z których jeden pada trupem, kiedy przez Linvenogre przechodzi zabójczy impuls.

Druss, pozostały przy życiu brat uśmierconego Basala, jest specjalistą od tropienia manifestacji xulo (czyli rodzaju zakłóceń, które prowadzą do przenikania się rzeczywistości) i od tego momentu, działając po części pod przymusem, będzie próbował dociec charakteru wielu innych, wychodzących nagle na jaw spraw. Zacznie od zgłębienia tajemnicy źródła impulsu, a skończy na wyprawie przez mnogość aspektów rzeczywistości i własnego jestestwa, podczas której będzie także dociekał swojej prawdziwej roli w następujących po sobie wydarzeniach. Choć może to błędny, zawierający usterkę opis fabuły – to raczej my będziemy dociekać prawdziwej roli głównego bohatera w tej historii, czasami mimowolnie stawiając się na jego miejscu. Albowiem, pomimo ogromu fabularnych zawirowań w imponującym multiświecie „Onikromosa” i galerii fantastycznych stworzeń i postaci go zaludniających, to człowiek stoi w centrum opowieści Pawła Matuszka. Człowiek myślący, poszukujący i odkrywający, choć przy tym niekoniecznie będący wiernym odbiciem swojej renesansowej koncepcji. Człowiek poszukujący lepszego miejsca, odkrywający wielkie tajemnice, ale także – co przypuszczalnie może okazać się jeszcze ważniejsze – dostrzegający piękno zawarte w nietrwałych formach i ułamkach chwil.

Większość z nas przez całe swoje życie stoi w miejscu, przyjmując świat taki, jakim jest. Tymczasem już obfitość mott, których używa Matuszek na wstępie powieści sugeruje ogólny zamysł autora na „Onikromos”. Zamysł jakże prosty i czytelny – nie stać w miejscu. Człowieka – czy to czytelnika, autora bądź bohatera powieści – do skoku poza meandry powszechnie przyjmowanej rzeczywistości i w rezultacie dostrzeżenia jej niespodziewanych aspektów, mogą skłonić przeróżnego rodzaju impulsy. Może to być nagłe odejście bliskiej osoby i tęsknota za nią, a równie dobrze może to być widok ślimaka mozolnie podążającego przed siebie po mokrym od deszczu chodniku. Może być to cokolwiek, co nagle wyrywa i umysł, i wyobraźnię z okowów zastałego porządku i kieruje naszą uwagę w niedostępne wydawałoby się wcześniej rejony.

Owszem, każdy z nas potrafi wydostać się z bezpiecznego i ograniczającego kokonu norm i zwyczajów składających się na nasz sposób codziennego postrzegania świata, tylko nie wszystkim się chce bądź nie każdy ma tyle odwagi i wyobraźni. A tymczasem, w momencie, w którym patrzymy w jedną stronę, ta druga może obfitować w rzeczy i zjawiska, w które nigdy byśmy nie uwierzyli. Być może, podczas zwykłego spaceru, tuż za granicą naszej percepcji po ulicy toczy się ciężkie, grafitowe jajo, po które usiłują sięgnąć wychylające się zza kiosku, wijące się macki. Ale czemu zza kiosku? Być może, gdybyśmy potrafili wystarczająco szybko obejrzeć się za siebie, zobaczylibyśmy, że macki wyrastają z naszych pleców. Od ucieczki od rzeczywistości dzieli nas tylko chwila, podobnie jak zawieszonego między światami Drussa oraz podążających jego śladem dwóch wiernych asystentów, wykluczonych ze społeczności zaminów i perusów i próbujących wyjaśnić zagadkę zniknięcia ostatniego człowieka zamieszkującego Linvenogre. Opowiadająca o ich perypetiach powieść Pawła Matuszka sprawia, że przeżywamy tę wyprawę razem z nimi, a co najważniejsze, po zakończeniu lektury wcale nie mamy poczucia, że ta wspólna podróż dobiegła końca. Wręcz przeciwnie, zabawa w odkrywanie znaczeń „Onikromosu” dopiero się zaczyna.

Fox Games
Poprzedni

Hexx - wyścigowa układanka [recenzja]

Albatros
Następny

Mroczna wieża: Przydrożny zajazd - Nostalgiczne rozszerzenie historii Rolanda i Jake'a [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. 2016-06-07 at 17:32 — Odpowiedz

    Bedzie ebook?

Dodaj komentarz