KSIĄŻKI 

Orzeł Biały – Nowy, Orkowy Świat [recenzja]

Marcin Przybyłek znany był dotąd z przyjemnej, wizjonerskiej literatury sf, która z niezrozumiałych dla mnie względów pozostawała niszą. Teraz jednak, z pomocą „Orła Białego” mógł uderzyć z grubej rury i wskoczyć na pierwsze miejsca list bestesllerów. Czy zasłużenie?
Wyobraźcie sobie świat, w którym powstał środek zapewniający długowieczność i znakomitą kondycję. Brzmi wspaniale, prawda? N-Gen, bo o nim mowa, miał jednak skutki uboczne. Otóż ludzi, którzy go zażyli, po pewnym czasie zmieniał w potwornie silne, żądne krwi bestie o wielkich kłach i zielonej skórze. Ci, którzy ocaleli z masakry, nazwali nowo utworzony gatunek orkami. Tak się jednak – zabawnie i strasznie jednocześnie – złożyło, że kilka krajów spierało się w kwestii N-Genu i w efekcie ich obywatele nie zdążyli przyjąć środka, nim resztę świata ogarnął chaos. Zgadnijcie, gdzie toczono największe spory ideologiczne? Oczywiście u nas.

Przy tym świat pociągnięto tu odjazdowym, Mad Maxowym sznytem, który pozwala na cudowne, estetyczne odpały. Rzecz to niezwykle cenna w literaturze zdominowanej przez duszne, Metro-Stalkerowe podejście.

Kilkanaście lat później Twierdza Polska jest utrzymanym w stanie zagrożenia, ale dobrze prosperującym i samodzielnym krajem, który mógł wreszcie rozwinąć skrzydła. O ile stolica ma się dobrze, o tyle zachodnie granice to nieustające pole bitwy. Jednym z oddziałów jest tytułowy „Orzeł Biały”, dowodzony przez Sergiusza Orłowskiego. Podczas kolejnego krwawego starcia żołnierze zostają zaskoczeni taktyką bezmyślnych dotąd bestii. I choć wychodzą z walki względnie cało, zostają wezwani do stolicy, gdzie król Twierdzy powierzy im misję specjalnego przeznaczenia…
Przyznam, że na początku było ciężko. Po uroczym, przywodzącym na myśl klasyczne dziewiętnastowieczne powieści wprowadzeniu,  czytelnik zostaje wrzucony w sam środek spektakularnej sceny batalistycznej, podczas której oddział Orłowskiego daje popis sprawności bojowej i sympatycznego, koszarowego dowcipu. Całość przedstawiono barwnie i z werwą, ale trwa stanowczo zbyt długo. W pewnym momencie rozpierducha staje się nużąca,  trwa i trwa. Takie fragmenty chyba trzeba po prostu lubić – ja batalistykę przyswajam ledwo ledwo, choć zdarzają się wyjątki (Erikson). Z drugiej strony, Przybyłek ani przez chwilę nie ukrywał, że będzie to powieść z militarnym sznytem. Poza tym tak duża scena służy wprowadzeniu szwadronu bohaterów, którzy powstali przy udziale czytelników, zgłaszających wcześniej autorowi swoje pomysły na facebooku. „Orzeł Biały” jest bowiem eksperymentem podobnym do „Szczurów Wrocławia” Roberta J. Szmidta, w których czytelnicy ginęli na kartach książki, jeśli sobie tego zażyczyli w komentarzach pod stosownym postem. Eksperyment, mimo kilku rys udał się i tym razem, owocując bardzo przyzwoitą, soczystą, rozrywkową powieścią z intrygującym światem przedstawionym.
Gdy już oswoimy się ze zgrają żołnierzy i krajobrazem Polski po zmianach, dostajemy wgląd w orkowy świat. Możemy lepiej przyjrzeć się odmienionej, barbarzyńskiej społeczności, która mimo zdominowania przez pierwotne instynkty, wciąż się jakoś rozwija. I to właśnie przenikanie się tych dwóch odmiennych światów stanowi o sile książki. Prezentacja obu stron, jak i ich konflikt zyskały głębszy, zarówno satyryczny i refleksyjny wymiar dzięki celnym obserwacjom autora – społecznym i psychologicznym. Przy tym świat pociągnięto odjazdowym, Mad Maxowym sznytem, który pozwala na cudowne, estetyczne odpały. Rzecz to niezwykle cenna w literaturze zdominowanej przez duszne i posępne, Metro-Stalkerowe podejście.
Duszę tej historii nadają jednak kameralne fragmenty – introspekcje i spotkania pojedynczych bohaterów. To wtedy na spokojnie możemy przyjrzeć się istotom zamieszkującym ten nowy, odmieniony świat i ich otoczeniu. Na koniec trafiło się nawet kilka małych, poruszających perełek (spotkanie po ostatnim starciu), także w wątkach pobocznych. Momentami nawet te właśnie odgałęzienia śledziło się z większym zainteresowaniem niż główny nurt historii – w niczym mu nie ujmując.
Co zaś do wspomnianych rys – oprócz przeciągniętych czasem scen jatki, raz czy drugi trafiły się dialogi brzmiące wyjątkowo plastikowo. Jest to o tyle dziwne, że zazwyczaj rozmowy trzymają poziom i serwują porządną dawkę humoru.
Niemniej, „Orzeł Biały” pozostaje bardzo przyzwoitą i wciągającą książką, wystarczającą na kilka dłuższych wieczorów. Ma fajnych bohaterów, a kiedy już nabiera rozpędu, rysuje ciekawą historię, zaś sam świat zwyczajnie intryguje. Książka i autor w pełni zasłużyli na sukces.

Blik Studio
Poprzedni

Bler #3: Ostatni wyczyn (wyd.II) - Rafał Szłapa [patronat]

acid-drinkers-peep-show
Następny

Peep Show - Energetyczna mieszanka kwasów [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz