KSIĄŻKI 

Ostateczny argument – „mężczyznę poznaje się po tym jak kończy” [recenzja]

Wspaniała trylogia „Pierwsze prawo” dobiegła końca. Wydawnictwo Mag właśnie zamknęło wznowiony cykl za sprawą tomu „Ostateczny argument”. I jest to zakończenie godne najlepszych serii fantasy.

Dla przypomnienia, „Pierwsze prawo” to bardzo męski cykl fantasy, gdzie język jest równie ostry jak miecze bohaterów, a przemoc jest podstawowym prawem. Joe Abercrombie zaś wiedzie prym wśród autorów podchodzących do swoich opowieści z pełną powagą, kładąc przy tym duży nacisk na militaria i… realia. Tak, bohaterowie cyklu są ludźmi z krwi i kości, których problemy, dylematy i wątpliwości można nie tylko zrozumieć, ale odnieść do współczesności. Wreszcie, tak jak zwykli ludzie cierpią w wyniku obrażeń czy dawnych kontuzji. To fantastyka brutalna, brudna, bezlitosna, tu nie ma miejsca na dostojne elfy, dumne krasnoludy, czy zabawne hobbity. Tu rządzą ludzie, a jak wiadomo, to oni są najbardziej perfidni, podstępni i okrutni.

Zgodnie z prawem serii, „Ostateczny argument” jest bezpośrednią kontynuacją „Ostrza” i „Nim zawisną”. Drużyna maga Bayaza wraca po nieudanej misji do Adui, by ulec rozproszeniu, a Sand dan Glokta staje do śmiertelnej rozgrywki między dwoma stronnictwami próbującymi skorzystać na eskalacji wojennego konfliktu. Wojna nabiera jeszcze większego rozmachu, podobnie jak i cała fabuła, która przez ponad osiemset stron powieści nie przestaje zaskakiwać.

W myśl zasady, że mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, Abercrombie ze swoim męskim fantasy wspiął się na sam szczyt.

Zaskoczenie pojawia się już na samym początku, gdy rozwiązanie drużyny tak świetnie się zgrywającej w tomie drugim, prowadzi do niespodziewanych zwrotów akcji. O ile jeszcze bowiem można było w jakiś sposób przewidzieć losy Logena Dziewięciopalcego, to już historie Ferro czy Jezala dan Luthara wydzierają poza oczekiwania i wiodą powieść na zupełnie inne tory. Co jednak najważniejsze, nie są to zmiany przypadkowe, a wynikające z misternie przygotowanych planów, które możni świata przedstawionego próbują przeprowadzić. Pod tym względem Abercrombie wspina się na wyżyny, przybliżając się do Georgea R.R. Martina, prowadząc fabularną intrygę w sposób mistrzowski. Nie zawodzą ani dworskie utarczki w królewskiej alkowie, zaskakują szpiegowskie machinacje, imponują rozmachem sceny batalistyczne. Krótko mówiąc, o ile tom pierwszy zapowiadał świetną przygodę, a drugi ją zapewniał, to ostatni zamyka całość w perfekcyjnym, ale też niestandardowym stylu. Abercrombie tworzy bowiem bohaterów bardzo wyrazistych, których losami i uczuciami naprawdę nie sposób się przejąć, ale jednocześnie uczy, że nie należy się do nich przywiązywać, bowiem w ogarniętym wielką wojną, oraz nie mniej okrutnymi knowaniami szpiegowsko-dworskimi państwie trup ściele się gęsto bez względu na stany i sympatie. Nie zawiodą się więc ci, którzy sympatyzują z Gloktą, jednym z najbardziej niezwykłych bohaterów fantasy, zafascynowani będą ci, którym odpowiada militarny wydźwięk utworu. Rozgrywająca się na blisko dwustu stronach scena oblężenia to majstersztyk w swojej klasie. To co jednak wyróżnia cykl na tle innych, nielicznych podobnych powieści, to nie tylko dbałość o historyczne prawdopodobieństwo świata przedstawionego, ale dbałość o kreacje postaci. Wspominałem o tym wielokrotnie, także i w poprzednich recenzjach, tu przypominam raz jeszcze, bowiem Abercrombie zaskoczył tutaj po raz kolejny. Już w „Niech zawisną” udowodnił, że twarde charaktery niektórych bohaterów nie są całkowicie ze stali i w wyniku niektórych wydarzeń mogą się zmienić otwierając całkiem nowe płaszczyzny literackiej ekspresji. Tak też i losy wszystkich postaci „Ostatecznego argumentu” splatają się i przenikają, prowadząc do zmian i ewolucji poszczególnych osób. Wynik tego jest oczywisty – kilka indywidualnych finałów, za każdym razem równie zaskakujących. W myśl zasady, że mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, Abercrombie ze swoim męskim fantasy wspiął się na sam szczyt.

Vesper
Poprzedni

Pinokio - klasyczne wydanie w Vesper [recenzja]

MAG
Następny

Skrzydła ognia#4: Ukryte królestwo - smoki wciąż latają wysoko [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz