KSIĄŻKI 

Pogromca lwów

Prawie zapomniałam dlaczego zaczęła mnie wkurzać Camilla Läckberg. Niestety przypomniałam sobie – to co jest zaletą serii o Fjällbace, jest zarazem wadą. Już tłumaczę o co mi chodzi.

Wróciłam do serii po długiej przerwie i najpierw poczułam się, jakbym spotkała dawno nie widzianych bliskich znajomych, bo para bohaterów – pisarka Erika i policjant Patryk – są sympatyczni, jak zawsze. Zaciekawiona, jakie zdarzenie tym razem wybudzi miasteczko z sennego letargu zasiadłam do czytania i po trzech rozdziałach zaczęłam ziewać. Mellberg znów jest pierdołowaty i trzeba mu znajdować zajęcia, by nie przeszkadzał w śledztwie, Erika znów się wtrąca i znów okazuje się, że miała rację, wszystko, dosłownie wszystko jest jak zawsze. Intryga kryminalna jest poprawna (choć ma słabe momenty, ale o tym za chwilę), jednak warstwa obyczajowa się nie rozwija, nie zaskakuje.

Jak na ironię w opublikowanym niedawno wywiadzie Wojtka Orlińskiego z autorką, Läckberg podkreśla, na czym polega fenomen popularności jej książek, tłumacząc, że gdy inni autorzy napisaliby, że bohaterka zaprowadziła dziecko do przedszkola i zaczęła śledztwo, ona opisuje próby ubrania malucha, gonitwy po domu itp. Zdębiałam. Przecież na tym polega popularność większości popularnych i lubianych autorów kryminałów od dobrych kilku lat, że poza wątkiem kryminalnym dużo dzieje się w tle, że wchodzimy w życie bohaterów, poznajemy ich prywatność. Nikt jej tego nie powiedział? Sama nie sięga po rzeczy kolegów po fachu? O Rankinie albo Robinsonie nie słyszała? Nie mówiąc już o innych  skandynawskich pisarzach… Jej zadowolenie z siebie nie jest fajne, myśle, że dobry agent lub redaktor powinien podszepnąć, że przydałaby się zmiana. W tej chwili wygląda to tak, jakby skupiała się na wymyśleniu pomysłowej intrygi, a resztę wrzucała w gotowy szablon.

Tym razem kuleje też trochę intryga. Zaczyna się makabrycznym przestępstwem, takim, od którego ciarki się ma na plecach. Ofiarą jest nastolatka, uczennica szkółki jeździeckiej. Rośnie poczucie zagrożenia, bo to kolejny taki przypadek w okolicy. Każde spóźnienie dziecka powoduje teraz przyspieszone bicie serca… Umiejętnie zbudowany nastrój – przerażający – i zaciekawiające zawiązanie akcji to jednak za mało. Trzeba jeszcze mieć pomysł na ciąg dalszy. Niestety rozwiązanie zagadki razi płytkoscią psychologiczną – i to jak! Zachowanie seryjnego zabójcy-psychopaty jest naiwnie i mało wiarygodnie uzasadnione, a już motyw morderczego dziecka rozłożył mnie na łopatki (ze śmiechu). Jak ktoś jest „zły” to narrator nam to ładnie wytłumaczy, opisując, że przestępca w dzieciństwie lubił siedzieć przy chorym zwierzęciu i patrzeć, jak umiera.

I wszystko jeszcze okraszone społecznymi naukami podsuwanymi na tacy pod nos, w sposób tak łopatologiczny, że każdy kto skończył podstawówkę może się poczuć urażony. Finezja to dar, którego Bóg poskąpił pani Camilli – dlatego jej bohaterowie mówią zdaniami jak z podręcznika. Gdy teściowa krytykuje żonę Patryka za mało staranne zajmowanie się domem, ten mówi, że wolą układ partnerski i że chce, by Erika mogła realizować się zawodowo. Kilka stron dalej patrzy na Erikę i mówi, że najbardziej lubi w żonie błysk w oku, gdy opowiada ona z entuzjazmem o swojej pracy, itd.

Rozczarowujące – książka do metra albo gdy autobus utknie w korku.

UIP
Poprzedni

Terminator: Genisys [film]

USA Network
Następny

Mr. Robot - najlepszy serial tego półrocza [recenzja]

Ewelina Jamka

Ewelina Jamka

Brak komentarzy

Dodaj komentarz