KSIĄŻKI 

Ramones. Hey ho, let’s go – pechowi geniusze rocka [recenzja]

Jedni z największych i najbardziej niedocenionych zespołów na scenie rockowej, Ramones, wreszcie doczekali się biografii, która dzięki wydawnictwu In Rock trafiła również na nasz rynek. Tu nie ma co silić się na górnolotne wstępy – tę historię trzeba znać.

Ramones to zespół niewiarygodnie nieszczęśliwy. Przez ponad dwadzieścia lat swojej kariery nie osiągnęli nigdy sukcesu, na jaki zasługiwali, co więcej, mimo iż to oni faktycznie stali się prekursorami punka (a potem hard core’a), pozwolili odebrać sobie ten tytuł przez Sex Pistols. Ich kariera doczekała się uznania krytyków po trzydziestu ośmiu latach od chwili wydania debiutanckiego albumu. I po śmierci trzech z czterech oryginalnych muzyków tworzących ten niezwykły zespół. Mimo iż mieli ogromny wpływ na rozwój muzyki punk rockowej zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie, nigdy nie osiągnęli sukcesu jaki przypadł w udziale ich epigonom. Status Złotej Płyty otrzymał tylko jeden z ich albumów, do tego będący kompilacją singli. Stanowili wzór zarówno dla punków (prosta muzyka, zaangażowane teksty, kipiące od energii krótkie koncerty) jak i dla metalowców (długie włosy, podarte dżinsy, przede wszystkim zaś skórzane, motocyklowe kurtki – znane w naszym kraju jako „ramoneski”). Jak we wstępie autorstwa Grzegorza Brzozowicza zauważa Kazik Staszewski – być może to było powodem ich odbioru – paradoksalnie, chociaż stworzyli muzykę punk rockową, nie podporządkowali się jej modzie i tym samym na zawsze znajdowali się poza marginesem gatunków i subkultur. Zawsze wierni sobie, nigdy nie docenieni za życia.

Nie trzeba słuchać punk rocka, nie trzeba mieć długich włosów i ramoneski. Ale nie znać Ramones to po prostu wstyd.

Everett True jest wielkim fanem Ramones (bo któż inny założyłby nowofalową grupę a capella śpiewającą piosenki swoich idoli?), ale przy tym sumiennym dziennikarzem, który na blisko sześciuset stronach przybliża nam kompletną, niestety, historię zespołu. Niestety, bo wraz ze śmiercią Joeya i Johnny’ego, rozdział ten został bezpowrotnie zamknięty. Autor perfekcyjnie odmalowuje Nowy Jork lat 70-tych, analizując przyczyny, które pchnęły czterech zbuntowanych i zdeterminowanych, ale również wyjątkowo wrażliwych chłopców, do założenia zespołu, który mimowolnie, zrewolucjonizował muzykę rockową. W czasach, gdy dominowały rozbuchane i pełne przepychu grupy psychodeliczno-progrockowe, których występy oscylowały w okolicach przedstawień teatralnych i filmów na chorym tripie, gdy przeciętne kompozycje rozwijały się do nawet do kilkunastu minut, a wypełniały je pokręcone solówki utalentowanych instrumentalistów, ci czterej chłopcy uderzyli z króciutkimi pioseneczkami, pełnymi werwy, agresji, ale i poczucia humoru. Inspirowani surf-rockiem stworzyli podwaliny pod gatunek, który wkrótce, dzięki ich brytyjskim naśladowcom, wywrócił do góry nogami całą scenę, a z wielkich artrockowców jedyni Pink Floyd zdołał utrzymać się jako tako na nogach. Czemu więc, mimo bezsprzecznego ogromu wkładu w rozwój muzyki rozrywkowej, do dziś Ramones nie cieszą się takim splendorem, na jaki zasługują? Everett True stara się odpowiedzieć między innymi i na to pytanie, pieczołowicie opowiadając nie tylko historię samego zespołu, ale pochylając się również nad życiorysami poszczególnych muzyków, ich dramatami i nieszczęściami. Szczegółowo omawia proces powstawania każdej z kultowych płyt formacji i dokładnie analizuje zmiany jakie zachodziły w tym czasie na świecie. Znalazło się tu takie natężenie faktów i ciekawostek, że zaskoczą nawet najbardziej zagorzałych fanów grupy.  Z całości zaś wyłania się obraz grupy niezwykłej i straszliwie pechowej. Dobrze, że dzięki tej książce choć część zaciągniętego u „Ramonsów” długu można spłacić. Nie trzeba słuchać punk rocka, nie trzeba mieć długich włosów i ramoneski. Ale nie znać Ramones to po prostu wstyd. Tym, którzy mają zaległości, proponuję lekturę, najlepiej przy stosownej muzyce płynącej z głośników. Pozostałym również dobrze zrobi podróż do pięknych czasów, gdy muzyka rockowa nie była tylko cyfrowym biznesem.

bastille-day-poster
Poprzedni

Dzień Bastylii - sensacyjne kino, dziennikarskie ekscesy [recenzja]

Techland
Następny

Homefront: The Revolution [patronat]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz