KSIĄŻKI 

Rzeczy ulotne – arcydzieła i nic specjalnego [recenzja]

Każdy zbiór opowiadań Neila Gaimana jest gwarancją wybornej uczty literackiej. Stoi za tym nie tylko niebywały talent i wyobraźnia autora, ale również ogromna różnorodność. Nie inaczej jest w przypadku „Rzeczy ulotnych”, drugiego zbioru autora, niedawno wznowionego przez wydawnictwo Mag.

Oryginalnie wydana w 2006 roku, osiem lat po znakomitych „Dymie i lustrach” antologia „Rzeczy ulotne. Cuda i zmyślenia”, to w gruncie rzeczy odsłona twórczości Gaimana najmniej udana. Oczywiście, w jego przypadku i tak oznacza to znakomitą formę, niemniej trzeba uczciwie zaznaczyć, że w odróżnieniu od wspomnianego pierwszego zbioru i niedawno opublikowanych „Drażliwych tematów”, do tej antologii trafiły również teksty słabsze i nie całkiem udane. Wszystko też jest kwestią gustu, skupmy się więc na konkretach.

Każda z antologii Gaimana stanowi swoiste „the best of”, w którym podsumowuje on pewien okres swojej twórczości prezentując czytelnikom mniej znane, trudniej dostępne, wielokrotnie nagradzane prestiżowymi nagrodami opowiadania. Ale trafiają tu też teksty, z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić, a jak każdy autor, Gaiman lubi mieć uporządkowaną chronologię, stąd obecność „Dnia, w którym przybyły spodki”, czy „Instrukcji” wierszy raczej niezbyt udanych. Zaznaczam, że nie chodzi o samą formę, problem stanowi sama ich treść. Znalazło się też kilka opowiadań, które można delikatnie określić jako wydumane lub irytujące, ale jest to kwestia indywidualnych upodobań. Na przykład „Problem Zuzanny” dla ortodoksyjnych miłośników twórczości C. S. Lewisa może okazać się profanacją, podczas gdy czytelnicy podchodzący z dystansem do „Opowieści z Narnii” mogą się całkiem nieźle bawić przy tej popkulturowej zabawie. I tu właśnie tkwi klucz do odczytania całego zbioru.

Zgodnie z tytułem, mamy do czynienia z rzeczami ulotnymi, tekstami, w których Gaiman bawi się stylem i formą, poszukuje i eksperymentuje, nie dbając tym razem o szczególną głębię utworów.

Zgodnie z tytułem, mamy do czynienia z rzeczami ulotnymi, tekstami, w których Gaiman bawi się stylem i formą, poszukuje i eksperymentuje, nie dbając tym razem o szczególną głębię utworów. Mamy tu opowieści grozy, science-fiction, groteskę, pastisze, czy też szeroko pojmowaną fantastykę. Większość z nich „ulatuje” z głowy niedługo po przeczytaniu, jak wspomniane wiersze, o których autor sam we wstępie pisze „to nic wielkiego”. Są tu jednak i utwory, które w pełni pokazują geniusz twórcy „Sandmana”. Weźmy otwierające całość „Studium w Szmaragdzie”. Perfekcyjnie podrobiony styl Arthura Conan Doyle’a (niektóre fragmenty niemal sprawiają wrażenie żywcem wyjętych z oryginału) ze „Studium w Szkarłacie”, pierwszej wspólnej przygody Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, łączy się w upiorny sposób z Mitologią Cthulhu H.P. Lovecrafta i „Anno Dracula” Kim Newmana. Tak rozpoczęta zabawa trwa dalej z różnymi skutkami, aż w finale Gaiman, jakby pokazał już wszystkie swoje inspiracje i złożył wszystkie hołdy, serwuje teksty wielce oryginalne, wynikające jedynie z jego autorskich pomysłów. I już dla tak przepięknego „Ptaka słońca” czy osadzonego w świecie „Amerykańskich bogów” znakomitego „Władcy górskiej doliny” warto po ten zbiór sięgnąć. Dodajmy do tego „Goliata”, którego Gaiman napisał na zamówienie twórców „Matrixa” tuż przed premierą filmu, dwa opowiadania napisane specjalnie dla Tori Amos (jedno będące uzupełnieniem płyty „Strange Little Girls”, drugie jako dodatek do trasy koncertowej tej artystki). Warto wspomnieć intrygujące „To inni”, czy „Smak goryczy”. Wspaniale wypada „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach”, upiorny urok „Opowieści z krypty” przenika „Karmiących i karmionych”. Trafiło tu też kilka tekstów, które później zostaną powtórzone w „Drażliwych tematach”, ale czy można narzekać, gdy się ma do czynienia z tak przerażającymi historiami jak „Fakty w sprawie zniknięcia pani Finch”?

„Rzeczy ulotne” to znów świetny przykład jak wszechstronnym i oryginalnym twórcą popkulturowym jest Neil Gaiman. Różnorodność sprawia, że ryzyko, iż czytelnik rozstanie się z książką zawiedziony spada do zera, bo znów mamy do czynienia z lekturą, której zignorować nie sposób.

MAG
Poprzedni

Upadek Hyperiona - genialna space opera Dana Simmonsa [recenzja]

Anomalisa-Poster_1200_1750_s
Następny

Anomalisa - być jak Charlie Kaufman [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz