KSIĄŻKI 

Śmierć w gaju oliwnym – sprawny włoski kryminał [recenzja]

Zachwycałem się już kryminałami szwedzkimi, irlandzkimi, doceniłem kilka polskich. Przyznaję, że mam bardzo blady obraz włoskiej odmiany tej literatury. Pewne jest jedno, nazwisko Marco Vichi trafia na moją listę ulubieńców gatunku.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 1964 we Florencji. Jej bohaterem jest komisarz Bordelli, pięćdziesięcioczteroletni karabinier, człowiek tak melancholijny i nostalgiczny, że gdy pewnego wieczoru przybiega do niego przestraszony karzeł Casimir, by złożyć doniesienie o znalezieniu zwłok, ten nie daje mu dojść do słowa, tylko częstuje piwem, a następnie zaczyna się rozwodzić na temat swego wieku i rozminięcia z miłością życia, która być może urodziła się w innym kraju, innym czasie… Gdy jednak dowiaduje się powodach wizyty Casimira, natychmiast przystępuje do działania. Problem w tym, że tam, gdzie miał znajdować się trup, w gaju oliwnym, nie ma nic poza pustą butelką po koniaku nieznanej marki, a komisarz zostaje zaatakowany przez bezpańskiego dobermana. W okolicy znajduje się tylko willa należąca do obcokrajowca, który podobno wyjechał w sprawach służbowych. Kogo w takim razie widział Bordelii, podkradając się nocą pod mur posesji? Komisarz nie ma jednak czasu przejmować się podejrzaną sprawą karła, policja bowiem znajduje zwłoki uduszonej małej dziewczynki z ugryzieniami na brzuszku. Straszliwe podejrzenie, że nie jest to odosobniony przypadek, okazuje się prawdą. Bordelli musi jak najszybciej powstrzymać mordercę dziewczynek, a tymczasem znika ślad po Casimirze. Wkrótce jego okaleczone ciało zostaje znalezione w walizce w jego domu…

Nie da się ukryć, że tematyka poruszona w książce jest bardzo ciężka, dochodzą do tego jeszcze wspomnienia z wojny, w której Bordelli brał czynny udział, a echa zbrodni nazizmu wciąż pozostają obecne w historii mieszkańców Florencji. Zdawać by się mogło, że w tym miejscu trudno o bardziej ponury i depresyjny nastrój, ale w miejscu gdzie szwedzcy pisarze zawiedliby czytelników na skraj rozpaczy i smutku, Vichi wprowadza włoską beztroskę, humor, przesycone nostalgią i melancholią, tworząc zapadającą w pamięć historię, która choć porusza, daje również nadzieję i szanse na oddech.

Vichi do kryminału wprowadza przesycone nostalgią i melancholią włoską beztroskę i humor, tworząc zapadającą w pamięć historię, która choć porusza, daje również nadzieję i szanse na oddech.

Przyznaję, że nie czytałem wcześniejszego tomu „Mordera, którego nie było”, tak więc moją przygodę z komisarzem Bordelim i jego przyjaciółmi zacząłem od tego momentu i już wiem, że będę musiał zaległości nadrobić. To co wyróżnia ów kryminał z setek innych to trudny do uchwycenia klimat Florencji z lat 60-tych XX-tego wieku. Tu ludziom nigdzie się nie śpieszy, mają czas na pełne zadumy nocne spacery, dobrą kuchnię i wytrawny alkohol, który nie uniemożliwia im prowadzenia cudownie archaicznych pojazdów. To utracony świat komunikowania się poprzez przyjaciół, znajomych, rzadziej przez rozmowy telefoniczne, prowadzone za pomocą aparatów podłączonych do gniazdka w ścianie. Cudowna ulotność minionych czasów jest jeszcze bardziej podkreślona przez sam charakter Bordelliego, który ma skłonności do rozpamiętywania przeszłości,  zachwycania się kobietami i dobrym jedzeniem, ceni sobie również rozmowy z przyjaciółmi, których ma w różnych kręgach. Oczywiście podstawą kryminału jest zagadka, tu wręcz podwójna, ale choć sama w sobie intrygująca, to należy przyznać, że jest to powieść, w której równie ważna jak „co” nam autor opowiada, jest „jak” to robi. A czyni to w sposób perfekcyjny, dawkując napięcie, ale i pozwalając odetchnąć, rozkoszować atmosferą minionych lat cudownej Florencji, czy po prostu uśmiechnąć, jak w przypadku zabawnych nocnych telefonów zwariowanej pani Capecchi.

Mogę ponarzekać, że jedna ze spraw dość szybko staje się oczywista, mogę pokręcić nosem na zapowiedziane zbyt wcześnie (a może zupełnie niepotrzebnie) próby usprawiedliwienia jednego z bohaterów, ale jest to czepianie się dla czepiania. „Śmierć w gaju oliwnym” to skrojony według najlepszych wzorców staroszkolny kryminał z szacunkiem odnoszący się do klasyki, zanurzony po uszy w melancholijnym klimacie powojennych Włoch. Książka z typu tych, które czyta się jednych tchem od deski do deski.

Toei Animation
Poprzedni

Dragon Ball Super - powrót kultowego anime [recenzja] [serial] [anime]

Kubusse
Następny

Lady S #2: Na zdrowie, Suzie! - historia w starym stylu [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz