KSIĄŻKI 

Stalker – Giallo ze Szwecji [recenzja]

Piąty thriller policyjny Larsa Keplera (czyli piszącej pod tym pseudonimem pary Szwedów) to jak dotąd najbardziej zwariowana opowieść cyklu, który zapoczątkował w 2009 r. słynny, zekranizowany przez Lassego Hallströma „Hipnotyzer” (nasza recenzja filmu TUTAJ).

Im bardziej się w „Stalkera” zagłębiamy, tym brutalniejsze i bardziej surrealistyczne wydarzenia staczają się na głowę bohaterom powieści. W efekcie, zbliżając się do finału – a więc po blisko 600 stronach takiego intensyfikowania atrakcji – doszedłem do wniosku, że najnowszej historii Keplera bliżej do krwawych włoskich filmów spod znaku giallo niż do tradycyjnych skandynawskich kryminałów. I oczywiście zupełnie mi to nie przeszkadza – tym bardziej, że jeśliby trzymać się tego porównania, „Stalker” nie byłby jakimś przeciętnym, nieporadnym giallo, ale takim, które wyszło spod ręki któregoś z mistrzów gatunku, takich jak Mario Bava, Dario Argento albo Sergio Martino. (Nic dziwnego, że stroniący od gwałtowności biedaczyna Hallström nie bardzo umiał sobie poradzić z przełożeniem Keplera na język filmu.)

Autorom nie brakuje inwencji jeśli chodzi o wymyślanie diabelskich, pokręconych psychologicznie intryg, zręcznych zwodów fabularnych oraz scen ociekających suspensem i perwersją.

Zresztą bardzo łatwo wyobrazić sobie ekranizację tej powieści nakręconą w stylu któregoś z tych panów. Najpierw mamy powolny najazd na okno przeciętnego, wessanego w noc domostwa, w którym, jak się wkrótce okazuje, widać półnagą kobietę zakładającą rajstopy; nieświadoma, że zza okna obserwuje ją zwichrowany psychicznie intruz, bohaterka wykonuje niezdarne ruchy, próbując jak najdokładniej upchnąć ciało w kolejne warstwy odzienia, aż wreszcie jakiś dźwięk czy ruch na zewnątrz budynku zwraca jej uwagę i kobieta gwałtownie odwraca głowę w kierunku okna – prosto w oko kamery. Następuje pauza, a kamera odjeżdża, ukazując ekran policyjnego komputera, na którym wyświetlano amatorski film z YouTube. Stróże prawa właśnie obejrzeli go po raz pierwszy po tym, jak otrzymali link od jego autora i teraz mają jedyną szansę, aby namierzyć ofiarę i uratować ją przed atakiem filmowca-psychopaty. Pytanie tylko jak to zrobić skoro zarejestrowany na filmie dom nie ma w sobie absolutnie nic charakterystycznego, a wbijająca się w rajstopy kobieta też jest osobą całkowicie anonimową. Ścieżka dźwiękowa przybiera na dramatyzmie kiedy kamera opuszcza posterunek z szamoczącymi się w bezradności policjantami i mknie ulicami miasta, aby po pewnym czasie skręcić do pogrążonego w mroku ogrodu i zakraść się do domu pokazywanego wcześniej na YouTube. Zakapturzony morderca staje tuż za niczego nieświadomą gwiazdą swojego filmu, unosi w górę dłoń z ostrym narzędziem – i następuje nerwowy montaż dramatycznych kadrów: szeroko otwarte oczy kobiety, która w pobłyskującym ostrzu dostrzegła właśnie swą śmierć; krew obficie tryskająca na zadbane meble z IKEI; ostrze ponownie unoszące się wysoko ponad postać ofiary; szeroko otwierające się, ale niezdolne do wydania krzyku usta ofiary; opadające ostrze; krew; krew; coraz więcej KRWI… No wiecie: giallo.

Powyższe streszczenie jest zalążku fabuły „Stalkera” jest streszczeniem przybliżonym. Nie mam zamiaru podawać imion postaci zajmujących się śledztwem czy osób podejrzanych o popełnianie zwyrodniałych morderstw w duchu wyżej przedstawionego – te rzeczy najlepiej odkrywać sobie samemu, delektując się serwowanymi nam przez autorów zaskoczeniami i powiązaniami z wcześniejszymi książkami serii. (Ostrzegam: wiele recenzji, jakie po lekturze przejrzałem w polskiej prasie i w polskojęzycznych odmętach Internetu z radością zdradza czytelnikowi niespodzianki, na które ten powinien czekać dobre kilkaset stron. Zaleca się najwyższą ostrożność!) A państwu Keplerom – że tak ich sobie pozwolę nazwać – naprawdę nie brakuje inwencji jeśli chodzi o wymyślanie diabelskich, pokręconych psychologicznie intryg, zręcznych zwodów fabularnych oraz scen ociekających suspensem i perwersją. No i ci bohaterowie! Niby zupełnie zwyczajni, ale kiedy trzeba potrafiący zaskoczyć krzepą Jack Reachera albo błyskotliwością Sherlocka Holmesa. Niby ludzcy i sympatyczni, a skrywający całe mnóstwo wstydliwych sekretów. Niby inteligentni i popisujący się profesjonalizmem, a popełniający też przecież karygodne, dziecinne błędy. Jak to w życiu.

Dawno już nie przewracałem stron książki tak szybko, jak podczas lektury „Stalkera”. A kiedy tylko dotarłem do końca, natychmiast zabrałem się za wysłużony egzemplarz „Hipnotyzera” żeby przypomnieć sobie, jak się to wszystko zaczęło – i przed napisaniem tej recenzji zdążyłem już dobić do strony 200, mimo, że na stole piętrzy mi się stos innych, pachnących nowością książek. Niech to właśnie będzie to dla Was świadectwem niezwykłości „Stalkera”. Jak i całego tego pokręconego keplerowskiego cyklu.

The-Tick-Amazon-Banner-Still-
Poprzedni

The Tick 01x01 - Kleszcz, czyli piękna niedorzeczność? [recenzja]

Zysk i S-ka
Następny

Mroczniejszy odcień magii - przyjemne młodzieżowe fantasy [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz