KSIĄŻKI 

Star Wars: Tarkin – zamordyzm Imperium [recenzja]

“Star Wars: Tarkin” jest pierwszą książką na polskim rynku z ujednoliconego, nowego kanonu Gwiezdnych Wojen. Dla wszystkich tych, którzy omijali z daleka opowieści rozwijające uniwersum George’a Lucasa, pojawia się dobra okazja, aby wreszcie od początku śledzić jego ewolucję.

Autorem “Tarkina” jest James Luceno, pisarz który w swej długiej karierze napisał kilka książek wchodzących w tej chwili w zakres “Legend” (m.in. “Darth Plagueis”, “Darth Maul: Saboteur” i trylogię nowej ery Jedi) oraz dwa albumy będące przewodnikami po uniwersum. Można więc powiedzieć, że jest to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, który nie tylko zna ten świat od podszewki ale i umie tworzyć w nim porywające historie. Jednak jego najnowsza powieść, rozgrywająca się już w nowym kanonie, do nadmiernie pobudzających nie należy, choć niewątpliwie posiada kilka zalet.

Retrospekcje z młodzieńczych czasów moffa są najmocniejszą stroną powieści, bo nadają filmowemu posągowi granemu przez Petera Cushinga, wyrazu i charakterologicznych cech.

Wilhuff Tarkin od jakiegoś czasu nadzoruje budowę pierwszej Gwiazdy Śmierci, największego i najtajniejszego projektu Imperium. Niespodziewanie na sąsiadujące posterunki zostaje przypuszczony atak zbrojny wykorzystujący techniki dezinformacji separatystów z czasów wojen klonów. Gubernator, z racji swego wybitnego taktycznego zmysłu, odpiera atak, ale zdarzenie zmusza go do wizyty w stolicy Imperium, Coruscant i złożenia osobistego raportu Imperatorowi. Okazuje się, że incydent na Geonosis był tylko wierzchołkiem góry lodowej, a moff w towarzystwie Dartha Vadera musi zbadać sprawę i odnaleźć dysydentów. Rozpoczyna się więc długi pościg przez kolejne sektory galaktyki.

Luceno serwuje najprostszą z możliwych fabuł, opartą na jednotorowej narracji przetykanej retrospekcjami. Zagadka ataków jest więcej niż przewidywalna, a czytelnik jak za rączkę prowadzony jest od jednego punktu do drugiego. Tajemnicy czy jakichkolwiek zaskoczeń tu nie uświadczycie. Nawet narracja wydaje się być skonstruowana pod nieco młodszego czytelnika.  Ale nie ma tego złego, bo “Tarkin” mimo wszystko jest niezłą skarbnicą wiedzy. Po pierwsze w pełni poznajemy głównego bohatera, od czasów dzieciństwa, poprzez mordercze szkolenia na rodzinnych pustkowiach Eriadu, pierwsze sukcesy w szkołach, aż po nawiązywanie relacji z Palpatinem czy Vaderem. W książce dostajemy Tarkina i jego filozofię w pigułce, wszystko ładnie podbudowane i zaprezentowane. Właśnie retrospekcje z młodzieńczych czasów moffa są najmocniejszą stroną powieści, bo nadają filmowemu posągowi granemu przez Petera Cushinga, wyrazu i charakterologicznych cech.

Inną zaletą jest dobrze zarysowane tło wydarzeń. Luceno kilkoma prostymi zdaniami tłumaczy różnice między przepychem Republiki a surowością Imperium, tym samym próbując pogodzić wizualną pstrokaciznę pierwszej trylogii z minimalizmem drugiej. Gdzie indziej delikatnie buduje podwaliny pod rebeliancki ruch oporu lub nawiązuje pewną sceną do “Battlestar Galactici”. Takie smaczki są właśnie siłą “Tarkina”, powieści, która ukazuje galaktyczny konflikt od tej drugiej strony i każe się zastanowić, czy zamordyzm Imperium nie był tym czego Republika i demokracja najbardziej potrzebowały. Zresztą nie raz można się przyłapać, że bardziej kibicujemy Tarkinowi i Vaderowi, niż buntownikom działającym w słusznej sprawie. Ot taki paradoks.

Island
Poprzedni

Wilder Mind – wilki, potwory i oczy węża [recenzja]

carpenter
Następny

GoreKTYW - Halloween, czyli Carpenter vs Zombie

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz