KSIĄŻKI 

Trollhunters. Łowcy Trolli – del Toro i trolle [recenzja]

Dobra, to co napiszę nie będzie politycznie poprawne. Kiedy dowiedziałem się, że Guillermo delToro napisał kolejną powieść, zupełnie nie miałem ochoty jej czytać. W dodatku powieść z trollami? Litości ileż można. A potem usiadłem i zacząłem czytać. I pochłonąłem „Trollhunters” w niespełna trzy godziny.

Jim Sturges junior to młody chłopak mieszkający w małym amerykańskim miasteczku, gdzieś w Kalifornii. Nie za zbyt wielu kolegów (tak naprawdę tylko jednego), nie jest wybitnym sportowcem (raczej żadnym), a na domiar złego ma ojca, który martwi się obsesyjnie o bezpieczeństwo syna. Pewnego dnia ukrywając się przed szkolnym osiłkiem Jim między na parkingu samochodami, Jim coś zobaczy… coś, co wygląda jak wielka czarna łapa… Niebawem nasz bohater dowie się, że jego miasteczko wcale nie jest tak zwyczajne jak się wydaje, a ojciec chłopca obawia się o jego bezpieczeństwo nie bez powodu. W 1969 roku, kiedy Jim senior był małym chłopcem zapatrzonym w starszego brata, jakiś dziwny stwór porwał go i ślad po chłopcu zaginął.

Bałem się, że „Trollhunters. Łowcy trolli” będą pozbawioną polotu pseudoliteracką kliszą powieści fantasy. Co począć – jakoś nie wierzę za bardzo filmowcom biorącym się za pisanie. A tu proszę – niespodzianka. Del Toro wspólnie z Danielem Krausem nie próbują wmawiać czytelnikom, że stworzyli wielkie arcydzieło. Nic z tych rzeczy. Oni po prostu kapitalnie bawią się konwencją młodzieżowej powieści grozy. Czegoż tu nie ma. Powieść otwiera scena rodem z „To” Stephena Kinga. Potem mamy wprowadzenie bohaterów niczym w „Gooniesach” Donnera. A potem zaczyna się horror. Młodzieżowy, pełen zabawnych dialogów, filmowych scen (wielbiciele filmów z lat 50. Będą mieli sporą zabawę w odszukiwaniu cytatów), obowiązkowej krwi i ciągłego nawiązywania do innych opowiastkach o dzieciakach walczących ze złym.

Pewnie, że to literatura użytkowa i prosta. Ale wymyślona w niegłupi sposób i napisana z werwą, i biglem. Reasumując – mimo, że to powieść gdzieś dla trzynastolatków, ja stary chłop, bawiłem się setnie. I na dodatek nabrałem ochoty na weekendowy seans „Monster Squad”. Ot kawał działającej na wyobraźnię książki dla dzieciaków (i dorosłych, którzy wychowali się na kinie nowej przygody).

Kultura Gniewu
Poprzedni

Krzesło w piekle - świadectwo niezwykłego talentu [recenzja]

Goldcrest Films
Następny

Luc Besson – pierwszy król plagiatów

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. 2015-10-18 at 11:49 — Odpowiedz

    Mrowie usterek w tym tekście, korekta by się przydała 😉

Dodaj komentarz