KSIĄŻKI 

Trylogia Ciągu [recenzja] [książka] [sci-fi]

Wydawnictwo Mag przypuściło atak nową serią wydawniczą „Artefakty”. Jest to pomysł godny poklasku, gdyż w cyklu mają się ukazywać najlepsze i najbardziej znaczące utwory z gatunku fantastyki. Trudno sobie wyobrazić, by mogło tam zabraknąć „Trylogii Ciągu” Williama Gibsona, ojca i matki całego cyberpunka.

Chwila szczerości na początek. Nigdy nie było mi po drodze z cyberpunkiem, ani twardą czy miękką science-fiction. Latami zaczytywałem się w fantasy, horrorze, powieściach kryminalnych i historycznych rzadko oglądając nawet filmy z gatunku. Pojawił się gdzieś tam Lem, Asimov, Clarke i Dick, ale wciąż pozostawałem odporny na czar technologii i podróży kosmicznych. W pewnym momencie życiowym coś się przestawiło i zacząłem coraz częściej i chętniej spoglądać w stronę fantastyki naukowej. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ nazwisko Gibsona było mi znane, ale nie miałem okazji (ani chęci) zapoznać się wcześniej z jego twórczością. Wbrew pozorom, bardzo się z tego cieszę, bo są książki, do których trzeba dojrzeć, które muszą pojawić się na horyzoncie czytelniczym we właściwej chwili. Tak właśnie było teraz z „Trylogią Ciągu”.

Wydawnictwo Mag jak zwykle zadbało o czytelnika. W efektownej, pięknej kolorystycznie i stonowanej twardej oprawie tego wielkiego tomiszcza znalazły się trzy tomy tworzące słynny cykl: kolejno „Neuromancer”, „Graf Zero” i „Mona Lisa Turbo”. Każda z nich stanowi odrębną historię, ale wątki z nich przenikają się wzajemnie, powracają również niektóre z poznanych wcześniej postaci. Całość zaś składa się na biblię cyberpunka, wybitną opowieść o świecie zdominowanym przez gigantyczne międzynarodowe korporacje, wirtualną rzeczywistość, robotykę i cyberwszepy. Mimo ciężkiego (dosłownie) natężenia technologii i komputeryzacji, w gruncie rzeczy są to opowieści o samotności, poszukiwaniu szczęścia, miłości i człowieczeństwa.

W pierwszej z nich poznajemy Case’a, hakera (w tym świecie nazywa się ich kowbojami) cyberprzestrzeni, który za przewinienia wobec swych poprzednich pracodawców został ukarany uszkodzeniem systemu nerwowego, co z kolei przełożyło się na niemożność podłączania umysłu do komputera. Staczając się na dno alkoholizmu i uzależnienia narkotykowego trafia przed oblicze tajemniczego Armitage’a, który w zamian za uzdrowienie żąda od niego dość ryzykownej przysługi. Tom drugi skupia się na losach Bobby’ego, początkującego „kowboja”, który pod pseudonimem Graf Zero ma przetestować nieznane oprogramowanie, wpadając pod nóż żyjącego w świecie wirtualnym milionera Josefa Vireka. Postać owa jest również zleceniodawcą młodej marszandki Marly. Całość dopełnia jeszcze najemnik Turner, wykonujący w cyberprzestrzeni zadania specjalne i sieciowi kapłani voodoo. Ostatni tom, „Mona Lisa Turbo” rozszczepia się na cztery wątki: Kumiko Yanaki, córki szefa Yakuzy, którą ojciec wysyła do Londynu, by zapewnić jej bezpieczeństwo przed szokującymi walkami mafii; Ślizga Henry’ego, twórcy robotów, opiekującego się ciałem tajemniczego mężczyzny podłączonego do cyberprzestrzeni; zdegenerowanej gwiazdy symstymu (interaktywnego systemu stymulacji) Angie Mitchell i Mony, nastoletniej prostytutki wykorzystywanej przez brutalnego „opiekuna”, której przyjdzie zagrać rolę życia. Losy tych postaci splotą się za sprawą Sally Shears, najbardziej niezwykłej postaci w cyklu.

Ciężko opisać książkę, która jest arcydziełem, tym bardziej, że jest to lektura wymagająca nie tylko odpowiedniego nastawienia czytelnika, ale również prawdziwego skupienia na czytanym temacie. Już samo przedstawienie fabuły sugeruje prawdziwy misz-masz, ale nie oddaje nawet w jednym procencie stopnia zaawansowania i pogmatwania wątków, tak bardzo, że nienawykły do ambitniejszej literatury czytelnik może po prostu utonąć w informacyjnym chaosie, natłoku zalewających co chwilę strony brawurowych akcji, mieszania się rzeczywistości i bezprzykładnych zmian sojuszników i wrogów. Wbrew pozorom, ten momentami trudny i wymagający styl autora jeszcze mocniej uwypukla przesłanie cyklu, podkreślając kruchość i zagubienie szarego człowieka w zindustrializowanym świecie. Gibson genialnie splata wątki, rozrzucając sieć powiązań tak dalekich, że nie jestem pewien, czy jedna lektura wystarczy na wyłapanie wszystkich niuansów. Przyznaję, że na kolana rzucił mnie wstrząsający i nostalgiczny finał „Neuromancera”, ale i tak będę chciał powrócić do „Trylogii Ciągu”, by jeszcze raz zatonąć w świecie cyberprzestrzeni i (dosłownie) z notatnikiem jeszcze raz przeanalizować wszystkie wątki, aspekty i powiązania. A zaznaczam, że „Neuromancer” jest najbardziej przystępnym i najmniej pogmatwanym tomem, podczas gdy „Mona Lisa Turbo” to już prawdziwa jazda bez trzymanki w totalnym chaosie cyberpunkowego świata. Arcydzieło i już.

Trylogia Gibsona, mimo iż powstała w latach 1984-1988, stanowi wybitny pierwowzór dla całego gatunku, rozwijając koncepcje cyberprzestrzeni, inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji czy LOD-u. Tu wreszcie pojawia się Matryca i jasne jest skąd ściągnięto Matrix. Mimo upływu lat i wielu naukowych zakrętów, których autor przewidzieć nie mógł (jak choćby obecna dominacja telefonów komórkowych, podczas gdy jego bohaterowie dzwonią… z budek), jest to cykl absolutnie wybitny. W tak doskonałym wydaniu musi ozdobić biblioteczkę każdego miłośnika dobrej, wymagającej literatury.

Fox Games
Poprzedni

Pociągi Europa

Jeremy Mann DB
Następny

Jeremy Mann - cudne malarstwo olejowe [galeria]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

2 Comments

  1. 2015-07-04 at 12:30 — Odpowiedz

    No, arcydziełem bym tego nie nazwał, szczególnie Neuromancera, który jest napisany tak, że często ciężko się połapać, co, gdzie, kiedy lub kto właściwie jest w danym momencie opisywany. Jest to jednak z pewnością wyjątkowe i przełomowe dzielo, które rozpoczęło nowy gatunek sci-fi.

    • Łukasz Radecki
      2016-03-14 at 01:45 — Odpowiedz

      Każdy ma swój gust. Właśnie “Neuromancer” najbardziej przypadł mi do gustu, pewnie za sprawą tej nietypowej narracji, oddającej nastrój zagubienia w cyberprzestrzeni, ale i pośród relacji międzyludzkich. To jednak nic w porównaniu z twórczością Johna Brunnera. Jeśli gubi się pan tutaj, odradzam lekturę “Wszyscy na Zanzibarze” :) Pozdrawiam!

Dodaj komentarz