KSIĄŻKI 

Uznani za zmarłych – spadek formy Katie Maquire [recenzja]

Graham Masterton lubi cykle, a w ostatnich latach wyraźnie dominuje u niego skłonność do thrillerów i chęć do czynienia głównymi bohaterami niezwykłych postaci kobiecych. Nic dziwnego, że właśnie otrzymujemy czwarty tom opowieści o irlandzkiej nadkomisarz. O ile jednak poprzednie trzymały wysoki poziom, tym razem jest nieco słabiej.

Masterton nigdy nie zwalniał tempa pracy, konsekwentnie wydając co najmniej dwie powieści rocznie. W ostatnich latach polscy czytelnicy byli rozpieszczani trzecią częścią cyklu o Katie Maquire, pierwszym wydaniem sagi historycznej „Dynastia” i XIX-wiecznym thrillerem „Szkarłatna wdowa”. Może więc dziwić, że tak szybko ukazuje się kolejny tom opisujący losy rudowłosej pani nadkomisarz. Wyjaśnienie jest bardzo proste – ze wszystkich dzieł twórcy „Manitou” właśnie ten cykl w ostatnich latach w Wielkiej Brytanii sprzedaje się najlepiej. I jak każdy cykl wymaga dużego wysiłku od twórcy, by utrzymać czytelników. O ile poprzednia odsłona, recenzowane zresztą przez nas „Czerwone światło hańby” prezentowało naprawdę wysoki poziom, tak tutaj wyraźnie forma jest dużo słabsza.

Tym razem głównymi antagonistami Maquire są tajemniczy Arcykrólowie Irlandii, tajna organizacja, która porywa biednych przedsiębiorców i żąda za nich niebotycznych sum w ramach okupu. Teoretycznie nie ma więc możliwości wykupienia nieszczęśników, a przestępcy jasno dają do zrozumienia, że nie żartują. Pierwsza manifestacja ich siły odbywa się w trakcie wystawnego wesela wysoko postawionego policjanta, gdy para młoda w trakcie krojenia tortu odkrywa zapieczoną w cieście uciętą, rozkładającą się głowę. A to dopiero początek ich zbrodni. Maquire widzi, że nikt, kto wie cokolwiek o tej sprawie, nie jest bezpieczny, bowiem Arcykrólowie bezwzględnie eliminują wszystkich świadków, będąc jednocześnie zawsze o krok przed policją. Wniosek nasuwa się samoistnie, ktoś jest ich wtyczką, ale czy nadkomisarz skłócona z pełniącym obowiązki komendanta Malooneyem ma szansę na przeforsowanie swoich pomysłów i utrzymanie się w pracy? Co więcej, jak zwykle niezbyt różowo układa się w życiu prywatnym kobiety. W głowie zawrócił jej przystojny weterynarz z sąsiedztwa, którego podejrzewa o maltretowanie żony. Mężczyzna ma racjonalne wyjaśnienie nocnych krzyków, ale jaka jest prawda?

Niezwykle rezolutna i twarda pani nadkomisarz tym razem jest wyjątkowo rozkojarzona, a momentami wykazuje się tak dalece sięgającą naiwnością, że nie sposób uwierzyć, że ta kobieta może pełnić jakiekolwiek wysokie stanowisko.

Początek obiecuje wiele. Scena z krojeniem tortu, okrutny pomysł i bezlitosne metody porywaczy naprawdę robią wrażenie. Ich motywacja, zorganizowanie są już nieco bardziej umowne, ale trzeba przyznać, że intryga stanowi mocny atut tej powieści. Całość zawodzi jednak w najważniejszym aspekcie – głównej bohaterce. Niezwykle rezolutna i twarda pani nadkomisarz tym razem jest wyjątkowo rozkojarzona (tęsknota za Johnem może być pewnym wytłumaczeniem), a momentami wykazuje się tak dalece sięgającą naiwnością, że nie sposób uwierzyć, że ta kobieta może pełnić jakiekolwiek wysokie stanowisko. Jej utarczki z pełniącym obowiązki komendanta Malooneyem też są szyte tak grubymi nićmi, że nie trudno domyślić się ich finału, zostały bowiem niemal żywcem wyjęte z seriali i filmów policyjnych z lat 80-tych ubiegłego wieku. Teoretycznie nie jest to żaden zarzut, niemniej po tej serii można było spodziewać się znacznie więcej. Tym bardziej, że samo rozwiązanie intrygi następuje niemal przypadkiem, a jej finał rozplątuje nie tylko wszystkie problemy z tej powieści, ale dotyka i tych z „Czerwonego światła hańby”, jakby Masterton ugiął się pod naciskiem zawiedzionych niewesołym finałem poprzedniczki fanów. W „Uznanych za zmarłych” też stosuje swój klasyczny zabieg, by jeszcze w końcówce skomplikować życie głównej bohaterce, a ostatnią stroną wywołać uczucie niepokoju w czytelniku, jednak jest to wszystko tym razem tak konwencjonalne, że w żaden sposób nie zaskakuje. Szkoda, bo potencjał powieść miała, ale wyraźnie coś tu odbyło się zbyt szybko. Żeby było jasne – to nie jest zła książka, to wciąż dobry i oryginalny thriller z ciekawą intrygą, który zadowoli większość mniej wymagających zwolenników zarówno serii, jak i autora. Powtarza się tu jednak schemat cyklu „Rook”, gdzie nagle Masterton zaczął zmieniać osobowość głównego bohatera, co odbiło się na jakości kolejnych odsłon. Prosimy następnym razem o Katie, która twardo stąpa po ziemi i rzeczywiście kojarzy fakty z rzeczywistości, przede wszystkim zaś rozwiązuje sprawy, a nie czeka, aż rozwiążą się same.

Banksy Dzika Banda 19
Poprzedni

Banksy - humor, polityka i sztuka uliczna [galeria]

BSG
Następny

Battlestar Galactica: Blood & Chrome - kulisy pierwszej wojny ludzkości z Cylonami [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz