KSIĄŻKI 

Vineland – rozrachunki z latami 60-tymi [recenzja]

Gdy słyszymy nazwisko Thomasa Pynchona, na myśl zaraz przychodzi znakomita „Tęcza grawitacji”. Niestety, w ostatnich latach, autorowi trudno jest sięgnąć legendarnego poziomu sprzed lat, czego dowodem jest przekombinowana „W sieci”. Jak jest natomiast z „Vineland”?

Powieść rozgrywa się w latach 1984 w Kaliforni. Jednak głównym bohaterem utworu są tak naprawdę lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, w licznych retrospekcjach dowiadujemy się o tym, jak wpłynęły one na losy pojawiających się na kartach książki postaci i jak determinują ich dalsze życie.

Frensi Gates, niegdyś hipiska, obecnie informatorka FBI. Jej były mąż, Zoyd Wheeler, udaje chorego psychicznie, w tym celu co roku wyskakuje przez okno – zazwyczaj przy błysku fleszy i w świetle kamer. Dybie na niego kilka osób, między innymi Hector Zuniga – detektyw, próbujący zrobić z niego donosiciela, i niebezpieczny prokurator Brock Vond, który chce za pomocą córki Wheelera dotrzeć do jego byłej żony. W tym całym zamieszaniu pojawia się jeszcze DL, mistrzyni japońskich sztuk walki i zwariowany chłopak córki Zoyda. W wielkim tyglu mieszają się wielkie intrygi, dawne zażyłości, polityczne machinacje i świetny humor sytuacyjny. Pynchon jest w znakomitej formie, ale przyznać należy, że do mistrzowskiej wciąż mu trochę brakuje.

„Vineland” krytykując popukulturę zagłębia się w meandry paranoi i politycznych represji, czasem wręcz nadmiernie wszystko przerysowując

Powieść skupia się na przedstawieniu historii największych przemian w Ameryce, poczynając od bezlitosnych rządów Nixona, a kończąc na reelekcji Regana, po drodze poruszając oczywiście kwestie Wietnamu, polityki donosicielstwa i utopijnej rewolucji hipisowskiej. Z jednej strony, wyłania się z tego obraz kraju pokiereszowanego i obolałego, z drugiej, fenomenalna krytyka popkultury. Pynchon co rusz odwołuje się do znanych filmów, dbając przy tym, by nie zostały one pomylone z żadnymi innymi tytułami i remake’ami, rzucając oprócz nazwy obowiązkową datę.

Autor „Tęczy grawitacji” błyszczy tutaj absurdalnym wręcz humorem. Wyobraźcie sobie żeńskie ugrupowanie ninja, albo wspaniały motyw, gdy rudowłosy Isaiah, chłopak Prarie, córki Zoyda, występuje na sycylijskim weselu ze swoją grupą podszywając się pod włoską kapelę. Dorzućcie do tego kapitalne dialogi i niepowtarzalny styl Pynchona lawirujący wręcz w okolicach poezji i już wiadomo, że nie sposób od utworu się oderwać, choćby nawet dlatego, że przez dłuższy czas tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi i dokąd zmierza cała fabuła. Jest zabawnie, czasem kuriozalnie, ale zawsze intrygująco. Problem pojawia się później.

„Vineland” krytykując popukulturę zagłębia się w meandry paranoi i politycznych represji, czasem wręcz nadmiernie wszystko przerysowując, czyniąc ową satyrę na amerykańskie społeczeństwo końca XX-go wieku nazbyt karykaturalną. Przyznaję, czyta się to świetnie, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że Pynchon bawi się czasem dla samej zabawy, korzystając jedynie z geniuszu, jakim dysponuje. Może to kwestia oczekiwań, może nastawienia do historycznego okresu. „Vineland” warto przeczytać, ale nie oczekujcie arcydzieła.

WAB
Poprzedni

Balistyka – życie na prowincji [recenzja]

MAG
Następny

Hyperion - arcydzieło Simmonsa [recenzja] [książka]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz