KSIĄŻKI 

W imię dziecka – prawo kontra wiara [recenzja]

Jeżeli sięga się po książkę sygnowaną nazwiskiem Iana McEvana, znaczek jakości można przydzielić niemal z biegu. I choć pewne osądy po dokładniejszej analizie należy zweryfikować, to wciąż pozostaje pewne, że obcujemy z literaturą piękną.

Główną bohaterką jego nowej powieści jest Fiona Maye, sędzina Sądu Najwyższego, kobieta pod sześćdziesiątkę, której mąż właśnie oświadczył, że zamierza przeżyć romans. Mężczyzna tęskni za namiętnością, jakiej notorycznie zapracowana żona dostarczyć mu nie potrafi. Fiona ma jednak w tej chwili inne zmartwienie. Właśnie ma zająć się sprawą Adama, młodego chłopaka, świadka Jehowy. Jest chory na białaczkę, a jedyną szansą na ratunek jest transfuzja krwi, na którą ze względu na przekonania religijne nie zgadzają się jego rodzice. Dobro dziecka jest najważniejsze, ale stare przysłowie chińskie mówi, że: „jeśli uratujesz komuś życie, musisz się o nie troszczyć”. Fiona nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji swojego czynu.

W gruncie rzeczy sama historia jest jedynie pretekstem do wyrażenia opinii autora, w samej treści niewiele jest oryginalnych rozwiązań.

Ian McEvan, niezależnie od tematyki i gatunku w jakim się porusza pisze przepięknie. I nie inaczej jest tym razem. W rewelacyjny sposób oscyluje między delikatnym humorem sytuacyjnym, a mocniejszymi uderzeniami w czułe struny empatii i wrażliwości. Wbrew pozorom też, bohaterem nie czyni Adama i jego choroby, które są tylko tłem do opisu rozpadu małżeństwa. Jakby w zwierciadle, w relacjach chłopaka i Fiony odbijają się jej małżeńskie problemy, z tą różnicą, że jest to obraz odwrócony. McEvan mistrzowsko posługuje się metaforą, analizuje czynniki sprawiające, że dwoje obcych sobie ludzi staje się nagle bardzo bliskimi, a inna dwójka, mimo że bardzo bliska, stała się obca. Nie chodzi tu, oczywiście, o romans. Adama i Fionę łączy muzyka, kolejny z wielkich bohaterów tej dość krótkiej powieści. Ich pasja do śpiewu i muzyki jest powracającym refrenem tej opowieści, opowieści o godności, prawach człowieka i samym życiu. I gdy się nad tym zastanowić, w gruncie rzeczy sama historia jest jedynie pretekstem do wyrażenia opinii autora, w samej treści niewiele jest oryginalnych rozwiązań, a wspomnienie przytoczonego wcześniej chińskiego przysłowia powoduje, że złudzeń nie ma już żadnych. Szczególnie, gdy bierze się pod uwagę poglądy religijne McEvana. Nie o to jednak chodzi w tego typu literaturze. Najważniejsze jest w końcu nie to, o czym się opowiada, ale w jaki sposób. Pod tym względem rozczarowań nie będzie. „W imię dziecka” to przepięknie opowiedziana historia o miłości i braku zrozumienia, o walce o swoje przekonania i wolę wyboru, a także o dojrzałości i odpowiedzialności. A że niektóre chwyty, których celem jest wzruszyć lub poruszyć czytelnika są ograne i mało wyszukane? Inżynier Mamoń nie mylił się, podoba nam się to, co już znamy. Nowa powieść autora „Pokuty” jest na to skazana.

Uroboros
Poprzedni

Star Wars: Lordowie Sithów - krew, pot i łzy rozczarowania [recenzja] [książka]

Scream Comics
Następny

Castaka - bardzo dobry prequel Metabaronów [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz