KSIĄŻKI 

W sieci

Planując kulturalno-rozrywkowy wieczór, mając do wyboru „W sieci” Thomasa Pynchona i pełnometrażową kreskówkę ze Scooby-Doo, orientując się mniej więcej co oba dzieła są mi w stanie zaoferować, wybrałbym pewnie to drugie. Natomiast jeśli miałbym dokonać wyboru między wielogodzinnym maratonem filmów ze Scooby-Doo i jego ekipą, a długim czytaniem „W sieci”, wystarczyłby rzut monetą, ponieważ w obu przypadkach odbiorca po jakimś czasie poczuje to samo. Zmęczenie, dezorientację, szok i niedowierzanie.

Powinienem kochać prozę Pynchona. Przecież autor podejmuje bliskie mi, egzystencjalno-technologiczno-paranoiczne tematy, tworząc z nich coś w rodzaju mieszanki prozy Philipa K. Dicka i Dana Browna, z domieszką Vonneguta i Hellera. W najnowszej powieści nurza się na dodatek w cyberpunkowej tradycji, puszczając co i rusz oko do czytelnika. Problem jest w tym, że w przerwach między puszczaniem oka Pynchon serwuje prozę, która jest przykładem miejscami ciężko strawnej próby imitacji życia w jego wszechogarniającej dosłowności. Sprowadza się to do informacyjnego szumu bez jakiegokolwiek przesiewu i skutkuje czytelniczym zagubieniem. Autor co i rusz wykopuje nas z premedytacją z głównej osi fabularnej i zasypuje setkami nawiązań do popkultury, co do których nie jesteśmy nawet do końca pewni, czy każde z nich ma swój odpowiednik w rzeczywistości. W pewnym momencie można wyłapać prawdziwie paradoksalny schemat, przez który zresztą książka wymyka się jednoznacznej ocenie: dziesięć stron zalewającej nas nudy, plus nagłe wymierzenie  czytelnikowi policzka. Te policzki to fascynujące wtręty, które nawiązują do głównego wątku i sprawiają, że otwieramy buzię ze zdumienia nad pomysłowością i przenikliwością autora.  Dzieje się to w chwilach, kiedy Pynchon nie ukrywa, że jego głównym celem jest przefiltrowanie naszej rzeczywistości.

O czy jest ta książka? Fabuła rozgrywa się gdzieś między marcem 2001 roku, a lutym 2002 w Nowym Jorku. Maxine Tarnow, audytorka finansowa, obecnie bez licencji,  otrzymuje zlecenie od znajomego filmowca-amatora, Rega Desparda. Musi sprawdzić zatrudniającą go, internetową firmę specjalizującą się w systemach bezpieczeństwa o niełatwej nazwie – hashslingrz. W siedzibie firmy Reg przypadkiem nagrał film w pomieszczeniu, do którego nie powinien był  trafić. Na nagraniu jest zarejestrowana  tajemnicza grupka obcokrajowców z Bliskiego Wschodu. Kontrola finansów firmy, na której czele stoi kontrowersyjny, internetowy potentat Gabriel Ice, prowadzi jedynie do dalszych pytań i wciąga Maxine w wielopiętrową, paranoiczną  intrygę. W książce pojawia się mnóstwo powiązanych ze sobą, pobocznych postaci, które trudno jest spamiętać, pojawia się również świat wirtualnej rzeczywistości i pożądany przez rekiny biznesu, innowacyjny kod źródłowy o nazwie DeepArcher.  W telegraficznym skrócie ten opis z pewnością wygląda ciekawie i zachęcająco, ale formalnie i fabularnie wszytko dziwacznie rozchodzi się w szwach, tworząc poszarpaną, nieuporządkowaną (z pozoru?) sieć. Pojawia się w niej jeszcze były żołnierz Specnazu, bardzo tajemniczy projekt amerykańskiego rządu pod nazwą Montauk, pewien mężczyzna o niezwykłym węchu z obsesją na punkcie Hitlera, czy nawet odniesienie (całkiem adekwatne) do wspomnianych wyżej kreskówek ze Scooby-Doo. W zalewie postaci i wątków przebija się w końcu to, co w powieści najistotniejsze. Biorąc pod uwagę czas i miejsce akcji, możemy spodziewać się, że jej krytycznym punktem będzie z pewnością pamiętny dzień, znany nam wszystkim jako 9/11.

To jest książka, która szczególnie nam, Polakom, powinna być bliska. Pynchon opisuje tu ważny okres przed i po wydarzeniu, które zmieniło oblicze współczesnego świata i naznaczyło na zawsze Amerykę. Wielkie, tragiczne wydarzenia, katastrofy zaplanowane, czy nie, zawsze mobilizują pewne siły do przeprowadzenia manewru, przy pomocy którego będzie można określać naszą rzeczywistość. Ów manewr to przejęcie kontroli nad narracją. W realiach globalnej wioski, na dodatek w momencie narodowej tragedii, czyli w tym unikatowym czasie, gdy ludzie zbiorowo doświadczają poczucia nierealności świata, okazuje się to być wyjątkowo prostym zabiegiem. Pynchon dodatkowo miesza w to wszystko czytelnika, nadaje książce wieloznaczny, idiomatyczny tytuł „Bleeding edge” i używa próbującej przerosnąć rzeczywistość formy. Miota bohaterami wydawałoby się bez ładu i składu, ale wszystko sprowadza się do jednego celu. Wspominałem już o filtrowaniu rzeczywistości. Ale to nie wszystko. Zaznaczyłem w powieści poszczególne, intrygujące fragmenty i wyszło na to, że mam tu do czynienia z formą książki w książce. W całym informacyjnym szumie, autor prowadził mnie trudną do przebycia drogą do specjalnie wyselekcjonowanej, niezwykle ważnej informacji. Jakiej? Na obecną chwilę wydaje mi się, że brzmi ona tak: kosmici i duchy istnieją, a podróże w czasie są możliwe. Prawda, że zaskakujące?

wallpaper_1920x1200
Poprzedni

Dopóki nie zgasną gwiazdy [patronat]

materiały prasowe
Następny

100 najlepszych popowych piosenek #50-41

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz