KSIĄŻKI 

Wigilijne psy – młody, wściekły Orbitowski [recenzja]

Dla większości czytelników nazwisko Orbitowskiego mignęło przy okazji „Szczęśliwej ziemi”, błysnęło zaś wraz z „Inną duszą” i Paszportem Polityki, który odebrał w koszulce DarkThrone. Dla niektórych natomiast, proza tego pisarza skończyła się na „Wigilijnych psach” i „Tracę ciepło”. Jednym i drugim polecamy więc wznowienie najsłynniejszego zbioru opowiadań autora.

Sformułowania w stylu „Metallica skończyła się na Kill’em All” towarzyszą sztuce od dawna i w literaturze również powtarza się schemat odwrotu starych fanów od twórczości autora, który „się sprzedał”, czyli mówiąc wprost, szukając dróg rozwoju swego talentu ośmielił się poszerzyć swoje horyzonty i odejść od stylu, jaki uprawiał na początku swojej kariery. Łukasz Orbitowski niemal samodzielnie tworzył horror w Polsce. Nie dlatego, że wcześniej gatunek ten nie istniał. Ale w odróżnieniu od Oszubskiego czy Zientlaka, Orbit nie traktował go jako skoku w bok. On stał za nim murem i tworzył go z pełną pasją. Tak jak Sapkowski swego czasu zdefiniował polskie fantasy, tak on stworzył wyłom w skostniałej polskiej fantastyce, pokazując, że w kraju nad Wisłą można straszyć i to inteligentnie. Oczywiście, przed wojną mieliśmy mrowie pisarzy grozy (od Anny z Radziwiłłów Mostowskiej, przez Ludwika Sztyrmera, po Żuławskiego i Grabińskiego), pod koniec ubiegłego wieku swoich sił próbowali również Siedlar, Bocheński, Szolc, ale to Orbitowski został szybko okrzyknięty królem polskiego horroru i w zasadzie, mimo iż od gatunku dawno temu już się oddalił, tron pozostał pusty, poziom wyznaczony przez autora do dziś jest nieosiągalny dla rodzimych twórców grozy i horroru. Dziś, Łukasz już dawno temu przestał być owym królem, wraz z „Widmami” i „Szczęśliwą ziemią” wkraczając raźno w mainstream i formułując w ten sposób (wraz z Twardochem i Szostakiem) nową falę w polskiej literaturze. „Inna dusza” wyniosła go już na szczyt popularności, wraz z Paszportem Polityki i własnym programem w TVP Kultura. Ale sukces wbrew pozorom nie zmienił Orbita. Wręcz przeciwnie. Jest w miejscu, w którym już nie musi udawać, nie musi starać się przypodobać. I tak jak porzucił noszone niegdyś dresy, wracając do noszonych w młodości koszulek metalowych, tak i nie wstydzi się przypomnieć swego, w pewnym momencie, najważniejszego dzieła. Nie jest to bowiem debiut autora. Jego dwa pierwsze zbiory opowiadań „Złe wybrzeża” i „Szeroki, głęboki, wymalować wszystko” stanowią dziś białe kruki i Łukasz kategorycznie odmawia ich przypomnienia, tłumacząc się słabą jakością tekstów. Za to „Wigilijne psy”…

To Orbitowski jeszcze niedojrzały i dziki, jak Metallica i Slayer na pierwszych płytach. Ale już tak jak oni wówczas, genialny.

Cóż, recenzowałem je jakieś dziewięć, dziesięć lat temu na portalu „Horror Online”, wychwalając je pod niebiosa. W 2009 Łukasz wykorzystał fragmenty tej recenzji na blogu, z adnotacją, że „trzeba to będzie kiedyś wznowić”. Szczęśliwie doczekaliśmy się. Radość jest wręcz podwójna, bo wreszcie większość będzie mogła zobaczyć, jak powinien wyglądać polski horror i docenić ten wciąż wspaniały zbiór opowiadań. Ale także odwieczni czytelnicy, w tym niżej podpisany, mogą sobie zafundować podróż sentymentalną i odkryć… że świetnie, iż Łukasz powędrował w inne rejony i serwuje nam dzieła, nie bójmy się użyć tego słowa, wybitne. Tak jak bowiem dla autora jest to podróż do wspomnień i dawnych czasów, tak i ja przeniosłem się w czasie o dekadę, przypominając sobie nie tylko pierwszy zachwyt zawartymi tu opowiadaniami, ale i również siebie sprzed lat. W zwierciadle tych mrocznych opowiadań napisanych przez inteligentnego, wrażliwego i wściekłego na cały świat metalowca odbił się cały obraz tamtych lat, minionych czasów, lęków i strat. Niech znakiem czasu będzie fakt, że przed laty najmniej doceniłem opowiadanie „Autostrada”. Napisałem o nim „rasowy dreszczyk gwarantowany, ale czapek w górę z zachwytu nikt rzucać nie będzie.” Idiota i gówniarz. To najlepszy tekst w zbiorze, który wyłamuje się schematowi i wpędził mnie dziś w naprawdę podły nastrój. Doskonała opowieść o zderzeniu się młodzieńczych ideałów ze światem dorosłego faceta. Tym też jest ten zbiór. Czy to najsłynniejsze chyba „Serce kolei”, gdzie w krakowskim pociągu, przy dźwiękach Edge of Sanity i Samaela, Orbit składa hołd Stefanowi Grabińskiemu, czy przesycony w japońskim stylu, a jednocześnie będącym niejako prekursorem „blokowiskowej odmiany horroru” Kacper Kłapacz. Utrzymana w konwencji miejskiej legendy „Opowieść taksówkarska” i zapowiadający późniejszą drogę autora „Zmierzch rycerzy światła”. Wspaniale widać tutaj i wściekłość, jaką kipiał wówczas autor, ale i już kiełkującą skłonność do refleksji i melancholii, wraz z nieszablonowym postrzeganiem świata. Żadne z tych opowiadań się nie zestarzało, choć zestarzałem się ja i już inne rzeczy w nich dostrzegam. I tak jak nie bawi jak kiedyś Jason z Piątku 13stego, tak nie wywołuje dreszczy „Angelus®”. Ale za to tytułowy utwór jest jeszcze bardziej gorzki niż kiedyś.

Osobną kwestią są trzy dodatkowe opowiadania, które dołączono do tego zbioru. Stanowią one swoiste dopełnienie ówczesnego wizerunku pisarza. Świetne, zabawne „Nie umieraj przede mną”, które kiedyś uznałbym za pierwszorzędny horror, dziś bawi zabawą popkulturową (zanim takowa została spopularyzowana) i obrazem ówczesnej Polski widzianej z perspektywy młodego człowieka. „Pan Śnieg i Pan Wiatr”, to horror blokowisk spleciony z baśniowością i smutkiem, opowieść jakie tylko Łukasz potrafi tworzyć. Dziś już na większą skalę i w bogatszej formie, bardziej realistycznej. To skarb dla tych, którzy tęsknią za „starym” Orbitowskim. No i fenomenalna „Droga do modlichy”. Opowieść o podróży przez Polskę, w czasach tak niedawnych, a jednak tak odległych. Nostalgicznie zabawnych i pełnych młodzieńczego wigoru. Jeśli macie pierwsze wydanie „Wigilijnych psów”, to chociażby dla tych trzech opowiadań warto nabyć ten zbiór. Brak tu perfekcji jaka znamionuje późniejsze dzieła pisarza, pewnej maestrii budowania zdań, a jednak widać tu specyficzny sznyt i styl, który tak wspaniale się później rozwinął. To Orbitowski jeszcze niedojrzały i dziki, jak Metallica i Slayer na pierwszych płytach. Ale już tak jak oni wówczas, genialny. To kamień milowy polskiej grozy i obowiązkowa lektura literatury polskiej. Tak jak Sapka poznają dziś wszyscy, tak i Orbita powinni.

//

Egmont
Poprzedni

Wolverine i X-Men #2: Szkoła przetrwania - solidna lekcja survivalu [recenzja]

Prószynski i S-ka
Następny

Odwieczny Wróg - dotyk pierwotnego zła [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz