KSIĄŻKI 

Wirus / Upadek – próby wskrzeszenia naprawdę strasznych wampirów [recenzja]

Trudno o bardziej wyeksploatowany motyw literackiego horroru niż wampir. I o ile w świecie filmu już dawno temu zatracił się całkowicie w miałkich i komercyjnych postaciach, to do czasu kronik Anny Rice w literaturze prezentował się w miarę godnie. Potem przyszedł „Zmierzch” i wszelkie młodzieżówki, krwiopijca został pogrzebany. Guilermo Del Toro i Chuck Hogan wierzą jednak, że wampir potrafi jeszcze straszyć. Czy na pewno?

„Wirus” i „Upadek” to dwie części z trylogii napisanej przez obydwu panów, którzy postanowili przełamać słodki wizerunek wampira i przedstawić go znów jako potwora siejącego autentyczną grozę. Równolegle wystartował również oparty na podobnym scenariuszu serial, ale o ile jeszcze pierwszy sezon mógł się od biedy obronić, to drugi już nie dawał szansy widzowi, by oczekiwać czegoś wyjątkowego. Na szczęście, przynajmniej w przypadku pierwszego tomu, czytelnicy dostali nieco odmienną historię, przede wszystkim lepiej opisaną. Ci, którzy znają serial mogą spokojnie sięgnąć po lekturę, mimo podobnego scenariusza wyjściowego rozłożono nieco inaczej proporcje postaci, tym samym jest szansa na pewne niespodzianki. A czy niespodzianki znajdą ci, którzy na tematyce wampirycznej zjedli zęby i dostają odruchów wymiotnych na wieść o kolejnym bladolicym krwiopijcy? Niewątpliwie, lecz nie popadalibyśmy przy tej okazji w nadmierny optymizm.

Akcja pierwszego tomu rozpoczyna się w Nowym Jorku, gdzie na lotnisku znajduje się samolot z Europy. Nie ma łączności z pilotami, nikt nie wysiada, światła są wyłączone. Na miejsce przybywa ekipa z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób pod przywództwem Epharima Goodweathera, by wyeliminować ewentualność epidemii. Wewnątrz samolotu znajdują ponad dwustu martwych pasażerów i wielką trumnę, której nie ma na liście bagażowej. Tymczasem świat staje się świadkiem niezwykłego zjawiska – zaćmienia słońca. W ciemnościach miasto opanowują wampiry. Tom drugi kontynuuje wątki pierwszej części, z tą różnicą, że w „Wirusie” akcja rozgrywa się niemal błyskawicznie, jak rozprzestrzeniająca się choroba, podczas gdy „Upadek”, zgodnie z tytułem, serwuje nam świat przedstawiony już opanowany przez krwiożercze bestie. Odmienność tego tomu objawia się także większymi dłużyznami i przestojami akcji, nie zawsze skutecznie budując w ten sposób atmosferę zaszczucia, co było zapewne celem twórców. Czy to jednak oznacza, że ów cykl warto ominąć? Bynajmniej.

Autorzy świetnie znają konwencję, wprowadzając do tego jakże popularne obecnie motywy wirusów i epidemii, przenieśli wampiryzm do dwudziestego pierwszego wieku z należytymi honorami.

Del Torro już na początku swojej kariery udowodnił , że o wampirach potrafi opowiadać oryginalnie, wystarczy wspomnieć doskonały film „Cronos”. Jego wizjonerskie podejście ratowało też takie tonące okręty jak „Blade II”. Tym razem jednak, o żadnej większej oryginalności nie ma mowy. Motyw wirusa i pasożytów, odpowiedzialnych za wampiryzm pojawił się już w kilku filmach, specyficzne otwory gębowe wampirów także (choćby we wspomnianym Blade, tylko że tu zamiast szczęk predatora mamy mackę). Nawet motyw ukrycia trumny głównego wampira pojawił się (włącznie z miejscem i gospodarzem) u Mastertona w „Krwi Manitou”. Nie o oryginalność tu jednak chodzi. Autorzy od początku dają nam do zrozumienia, że opowiedzą nam na nowo historię, którą już znamy. Samolot pełen martwych pasażerów jest niczym innym jak okręt z trupami, który przypłynął do Londynu w powieści „Dracula” Brama Stokera. Pamiętający okropności Treblinki Abraham Setrakian to z kolei współczesny Van Helsing. Zmieniły się czasy, zmieniła stolica świata, ale potwory zostały te same. Dostajemy więc stary, prawdziwy horror, tyle że w nowych, stosownych do epoki szatach. Może nawet zbyt nowoczesnych, bowiem w „Upadku” wampirom coraz bliżej do zombie, czyli stworów, które zajęły ich miejsce w eksploatacji wyobraźni fanów. Autorzy świetnie znają konwencję, wprowadzając do tego jakże popularne obecnie motywy wirusów i epidemii, przenieśli wampiryzm do dwudziestego pierwszego wieku z należytymi honorami. I choć całość ma problem z zaskakiwaniem czytelnika, nie sposób odmówić jej tego, co najważniejsze w tego typu książkach. Dobrej zabawy potrafiącej przyprawić o dreszcze na plecach.

the-path-poster
Poprzedni

The Path - niebezpieczeństwa wiary [recenzja]

Wynonna-Earp
Następny

Wynonna Earp - z coltem na demony [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz