KSIĄŻKI 

Wróżenie z wnętrzności – subtelna wiwisekcja [recenzja]

Bohaterowie ze skazą i ludzie szukający sensu w chaosie – bezustannie powracają w powieściach Szostaka. We „Wróżeniu z wnętrzności” także. Tym razem wybrzmiewają one najmocniej, bo kto wie, czy nie jest to najmocniejsza i najlepsza powieść Szostaka.

Narratorem „Wróżenia…” jest Błażej. Człowiek, który od lat nie wypowiedział słowa. Z jego „niemej” perspektywy poznajemy losy tego „lepszego” i mądrzejszego brata Mateusza i jego żony Marty. Otóż kiedyś Mateusz żył w mieście i miał karierę, ale pewnego dnia podjął decyzję, że wszystko rzuca. I tak wraz z rodziną i „głupim” bratem trafił do Poświatowa, na stary dworzec kolejowy, który zamienili w dom. Błażej przygląda się decyzjom brata, przygląda się życiu i ludziom ich otaczających i milcząc komentuje w głowie. A może nawet nie komentuje – bardziej relacjonuje w swój jedyny i niepowtarzalny sposób.

„Wróżenie…” to coś na kształt wiwisekcji współczesnego człowieka. Opowieść o lękach, potrzebie ucieczki i życiu w zaklętym kręgu słów, gestów, relacji.

Niepowtarzalny, bowiem styl, jakim napisane jest „Wróżenie z wnętrzności” hipnotyzuje i nie pozwala oderwać się od lektury. Bohater Szostaka komunikuje się z czytelnikami za pomocą osobliwego strumienia świadomości, w którym zdarzenia dawne, mieszają się z obecnymi, wspomnienia z przewidywaniem tego, co będzie. Tego typu narracja jest ryzykowna – pozwala z jednej strony na dowolne umieszczanie zdarzeń, postaci, ale z drugiej niebezpiecznie balansuje na pograniczu kiczu. Mniej wprawny autor (a niestety takich jest zbyt wielu) stoczyłby się po równi pochyłej wprost w objęcia pretensjonalnego bełkotu. Ale nie Szostak. Szostak panuje nad słowem i myślą bohatera, dzięki czemu „Wróżenie z wnętrzności” przypomina zagraną z niebywałą maestrią jazzową solówkę, ciągnącą się w nieskończoność, przetwarzającą tematy i motywy, ale niegubiącą przy tym myśli przewodniej – i rytmu.

Rytm. U Szostaka od zawsze rytm słów był siłą napędowa opowieści, ale tym razem odnoszę wrażenie, że autor „Sto dni bez słońca” wzbił się na wyżyny swoich możliwości. I wiem, o czym piszę. Złapałem się, bowiem na tym, że od pewnego czasu otwieram „Wróżenie…” i czytam, nie po to, aby czytać, a by zagłębiać się w szalonej narracji Błażeja. Na trzy, cztery strony, potem odkładam na kilka godzin. I znów wracam. Dlatego też dziwi mnie zarzut, iż „Wróżenie…” napisane jest językiem trudnym. Nie – nie trudnym, po prostu językiem, który wymaga od nas wyczucia rytmu. Kiedy łapiemy rytm opowieści Błażeja słowa same niosą oczy.

Żeby nie było, że Szostak tylko na rytmie i zabawach słownych się tu skupił. Nie. „Wróżenie…” to coś na kształt wiwisekcji współczesnego człowieka. Opowieść o lękach, potrzebie ucieczki i życiu w zaklętym kręgu słów, gestów, relacji. Błażej zaś, który sam i świadomie zdecydował się milczeć (a jeśli już mówić to niezmiernie cicho i tak, aby nikt nie usłyszał), próbuje zrozumieć różnicę między ciszą a słowami. Zrozumieć, co bardziej boli, krzywdzi. Niebywała jest to powieść – utkana z pięknie brzmiących fraz, choć mówiąca o ciszy. O chaosie i tym jak się w nim odnaleźć. Albo zgubić ostatecznie.

Mushchelka Sp. z o.o.
Poprzedni

Git – obejrzane za karę [recenzja] [film]

Monolith
Następny

Momentum - teoria filmowego chaosu [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz