KSIĄŻKI 

Zabij mnie, tato – Dardy udany romans z thrillerem [recenzja]

Stefan Darda to czarny koń polskiej literatury grozy, zdobywca wielu nagród i poklasku czytelników, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest fenomenem socjologicznym. Tym bardziej szokującą informacją dla niektórych była wieść, że najnowsza powieść autora to thriller.

Oczywiście szok mógł dotknąć tylko tych, którzy przywykli do wygonowo-wyrębowej prozy Stefana, w gruncie rzeczy bowiem dalej mamy do czynienia z grozą, tylko że pozbawioną elementów nadnaturalnych. Paradoksalnie, ten właśnie krok w stronę realizmu powoduje, że „Zabij mnie, tato” uderza znacznie mocniej, szarpiąc za wrażliwe struny duszy i wymierzając policzek społeczeństwu, które przyzwala na to, by działy się historie takie jak ta opisana w powieści.

Zmiany przynosi również miejsce akcji. Dotychczas autor przyzwyczaił nas do wiejskich, rzec by się chciało plebejsko-romantycznych realiów, tym razem przenosimy się do średniej wielkości miasteczka w centralnej Polsce. Klasycznie jednak, jak to u Stefana, bohaterem utworu jest mężczyzna w średnim wieku, po przejściach, z bagażem doświadczeń i zapasem miłości w sercu, którą nie miał kogo obdarzyć. Zdzisław Mokryna, bo o nim mowa, jest emerytowanym policjantem (wiek więc trochę bardziej średni), zaprzyjaźnia się z właścicielami miejscowej pizzerii, Izą i Kamilem Szykowiakami, przemiłym małżeństwem z trójką uroczych córek. Mężczyzna szuka tutaj spokoju i oddechu po latach pracy w komendzie wojewódzkiej, gdzie pełnił dość niewdzięczną funkcję. Funkcję, w której był znakomity. Teraz, jako pracownik ochrony w firmie produkującej nowoczesne okna zaczyna wieść żywot o jakim marzył. W przyjacielskim gronie i z dala od trosk. Pierwsze problemy pojawiają się gdy najstarsza córka Szykowiaków, trzynastoletnia Wiktoria oskarża ojca o pobicie. Prawdziwy dramat jednak przychodzi później. Nastolatka wraca z młodszymi siostrami ze szkoły i zaledwie dwieście metrów od domu spotyka znajomych. Ola i Julka ruszają dalej same, ale nie docierają do celu. Zrozpaczeni rodzice, wraz z bezradną policją i zawziętym Mokryną próbują odnaleźć zaginione.

Darda pokazuje, że w thrillerze sprawdza się jeszcze lepiej niż w powieściach grozy. Jego twórczość można kochać lub nienawidzić. Najważniejsze, że nie da się obok niej przejść obojętnie.

Na początek słów kilka o samym stylu jakim posługuje się autor. Jego proza jest wyjątkowa, bardzo zbliżona do gawędy, gdzie zawsze narratorem jest główny bohater i to on decyduje w jaki sposób i w jakiej kolejności przedstawia nam dane fakty. Sprowadza się to także do tego, że często pojawiają się dygresje i rozbudowane opisy, które nie każdemu przypadną do gustu. Podobnie jak specyficzny język Stefana, bardzo grzeczny, uprzejmy wręcz, tylko pozornie zdystansowany do przedstawianych zdarzeń. Oczywiście, postaciom zdarza się zakląć, ale tylko w konieczności, nigdy w formie przecinków czy substytutów emocji. A przecież te wzrastają z każdą chwilą od porwania dziewczynek i gwarantują solidną huśtawkę co wrażliwszym czytelnikom. Szczególnie tym, którzy sami są rodzicami. Autor zdecydował się w swojej najnowszej książce na temat bardzo trudny, a przecież wciąż obecny. Co więcej, niezwykle rzeczywisty, bo dotyka głośnej niedawno sprawy „ustawy o bestiach” i zwalnianiu psychopatów z więzień. Wstrząsająca historia rodziny Szymkowiaków to głos pisarza w tej sprawie.

A jednak jest w tym utworze także coś więcej niż przemoc, krytyka społeczna (w finale zbyt dosłowna i może nawet niepotrzebnie przerysowana) i trzymająca w napięciu intryga. To w gruncie rzeczy przypowieść o Hiobie, ale przepuszczona przez filtr współczesnej Polski. Odwołania do chrześcijańskiej estetyki są również charakterystycznym, subtelnym znakiem rozpoznawczym prozy Stefana. Powiedzmy sobie szczerze. Proza twórcy „Czarnego Wygonu” nie jest skierowana do wszystkich. Jest na wskroś polska i skierowana do czytelników o konkretnej dojrzałości nie tyle literackiej, co życiowej. Utworem „Zabij mnie, tato” autor pokazuje, że w thrillerze sprawdza się jeszcze lepiej niż w powieściach grozy. Oczywiście, jeśli ktoś szuka skandynawskich kryminałów, czy ogólnie zachodniej dynamiki, bardzo się zawiedzie. Darda wyrobił sobie już styl, nazwisko i markę. Jego twórczość można kochać lub nienawidzić. Najważniejsze, że nie da się obok niej przejść obojętnie.

Lobster
Poprzedni

The Lobster - niewygodne prawdy Yorgosa Lanthimosa [recenzja]

Egmont
Następny

Star Wars Komiks 1/2016: Księżniczka Leia - Rozbite Imperium lepsze [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz