KSIĄŻKI 

Zakażenie – zagłada w stylu pulp [recenzja]

Z książkami jest jak z kobietami. Bywają urodziwe okładką, a o wnętrzu pustym jak trzos żebraka, niekiedy o licu obwoluty szkaradnym i pięknej duszy ukrytej między stronami, ale również takie, gdzie w parze idzie równocześnie zachwycająca aparycja i bogactwo słowa lub szpetna facjata niezdarnie maskująca literacki śmietnik. Są damy o treści wzniosłej, noszące znamiona dzieł wiekopomnych, z którymi mamy ochotę związać się na dłużej, czerpać z nich nieustannie z małżeńską regularnością, ale też te o obyczajach lekkich –  pisane rozrywkowym piórem kurtyzany; wtedy jednorazowy romans wydaje się być, co prawda przyjemną, ale też jedyną formą zażyłości, na jaką mamy ochotę.

„Zakażenie” Scotta Siglera to zdecydowanie jednorazowa przygoda, chociaż nie do końca; współistnieje przecież w kuszącym trio, obok nie mniej atrakcyjnych „Infekcji” i „Pandemii”.  Konsumując „Zakażenie”  – drugą część trylogii, z jednej strony dostajemy niezależną opowieść osadzoną na umownej osi czasu epidemicznego uniwersum, z drugiej mamy nieodpartą ochotę skosztować zarówno jej genezy (Infekcja) jaki i globalnego finału (Pandemia).

Omawiana książka już samą okładką – mroczną, intrygującą i nieco komiksową, zwiastuje formę podania fabuły: będzie krwawo i rozrywkowo. Całą treść zaś zawrzeć można w dosłownie kilku zdaniach. Natomiast o odniesieniach do pop-kultury, o zabawie konwencją, stylem pisania i narracją można by wysmażyć elaborat o nielichej objętości.

Sigler sięga głęboko do szeroko znanych motywów z literackich i filmowych fabuł z pogranicza s-f i horroru – od „Inwazji porywaczy ciał” poczynając, przez wszelkie znane zombie-wampiryczne eposy surwiwalowe jak „World war Z”, „Wirus”, „Walking dead”… na kingowym „Łowcy snów”] (czy jak kto woli – „gównianej książce o gównianych łasicach z kosmosu” – cyt: Tabitha King) kończąc. I robi to z pełną świadomością, wielkim entuzjazmem i znajomością rzemiosła, jakimś cudem tworząc przy okazji coś nowego, coś ewidentnie swojego.

Autor bezsprzecznie bawi się stylem pisania; w całej trylogii dominuje rasowy pulp zarówno w samej narracji jak i opisach bądź porównaniach („Byli Exterminatorami. Byli ludźmi, którzy na śniadanie zjadają czołgi i srają gwoździami”), niekiedy jednak wychwycimy subtelniejszą gawędę, typowe dla czarnych kryminałów hardboildowe wstawki, czy wręcz, choć skąpo, wysokoliterackie akapity. Kreacje bohaterów natomiast nie pozostawiają żadnych złudzeń. Przerysowane do granic komiksowego absurdu postaci nadają książce drapieżnego, wyrazistego charakteru typowego dla pulpowych produkcji. Dialogi przesycone są „czerstwymi” twardzielskimi sucharami tak gęsto, że nie sposób zetrzeć z twarzy banana, zastanawiając się przy okazji czy nie padły już wcześniej z ust Snake’a Plisskena, Mariona Cobretti, czy niepowtarzalnego Arniego przy okazji filmu „Commando”.

Sigler sięga głęboko do szeroko znanych motywów z literackich i filmowych fabuł z pogranicza s-f i horroru – od „Inwazji porywaczy ciał” poczynając, przez wszelkie znane zombie-wampiryczne eposy surwiwalowe jak „World war Z”, „Wirus”, „Walking dead”… na kingowym „Łowcy snów”

A sami bohaterowie? To sól pulpowej literatury. Perry Dawsey – wielki jak czołg antybohater o cechach prawdziwego superherosa, który równocześnie pełni rolę bardzo niewygodnego mesjasza rasy ludzkiej. Były futbolista o niemal nadprzyrodzonej sile fizycznej, jako jedyny, z zainfekowanych paskudną kosmiczną zarazą homo sapiens, pokonuje wewnętrznego wroga w sposób cudownie drastyczny – czego nie zdołały zwalczyć zaaplikowane medykamenty, Perry wycina sobie z ciała sam; żeby było zabawniej, łącznie z przyrodzeniem. Nie udaje mu się jednak odciąć od mentalnej więzi ze źródłem zakażenia i w ten sposób staje się mimowolnym medium pomiędzy sztabem kryzysowym a kosmicznym koszmarem, dążącym do przejęcia władzy nad światem. Oszalały z nienawiści, niepokorny i krnąbrny eunuch-alkoholik zostaje niejako zmuszony do współpracy z byłym agentem służb specjalnych w wieku przedemerytalnym Dew Phillipsem oraz niemniej barwnymi postaciami z kręgów medyczno-naukowych, nadzorowanych przez ekipę rządu Stanów Zjednoczonych z nieudolnym i przerażonym prezydentem na czele. Interakcje damsko-męskie w tym kotle kryzysowym zachwycają czarno-białym niemal seksistowkim podziałem ról. Faceci, to prawdziwi kowboje, którzy z zaangażowaniem godnym nastolatków na prochach, najpierw strzelają, bombardują, wreszcie leją się wzajemnie po mordach, zanim choćby na chwilę uruchomią szare komórki. Kobiety zaś przepełnia telenowelowa empatia względem każdej, nawet paskudnie zarażonej człowieczej istoty, nie wspominając już o całym wspaniałym amerykańskim społeczeństwie. Brzmi jak gatunkowy pastisz, ale zaręczam, że nie jest to parodia. Owszem czarny humor leje się smolistymi strumieniami, nonszalancka, pełna komiksowych przejaskrawień narracja nadaje lekturze lekkości, lecz ciężaru dramatyzmu kluczowych zdarzeń nie sposób nie odczuć. Pomiędzy dynamicznymi scenami pędzącej na złamanie karku akcji, pełnymi cynizmu dialogami oraz dowcipnymi porównaniami czai się autentyczna groza i jeżące włosy na karku opisy. Nie uświadczycie u Siglera chwili wytchnienia. Nie ma tu budowanej mozolnie fabuły czy dawkowanego z rozdziału na rozdział napięcia. Jest cios prosto w łeb. A potem kolejny i jeszcze jeden. Blisko 600 stron tej solidnej, bardzo ładnie wydanej cegły, pochłania się równie szybko, co kebaba po pijaku.

Dla kogo jest więc ta książka? Na pewno dla takich ludków jak ja – czytelników, którzy choć lubują się w fantastyce wysokoliterackiej –  w stylu Neila Gaimana, w poetyce słowa Łukasza Orbitowskiego, w koszmarnie zręcznym i piekielnie plastycznym warsztacie Anny Kańtoch czy Marka Zychli, doskonale pamiętają czasy młodocianego szaleństwa na punkcie Grahama Mastertona, Guya N. Smitha, Paula F. Wilsona, Jamesa Herberta i im pokrewnych przedstawicieli współczesnego pulpowego pisania. Sigler ponownie obudził we mnie nastolatka, który niegdyś czerpał prawdziwą rozkosz z obcowania z tego rodzaju lekturą. Sprawił, że nie było to doświadczenie z gatunku „guilty pleasure”. To była po prostu przyjemność. Literackie disco-polo? Owszem, ale bez potrzeby uwalenia się w trupa na weselu wujka Waldka, by się naprawdę dobrze bawić. Pokolenie Phantom Press – ta kniga jest dla was!

Gramercy Pictures
Poprzedni

11 filmów, o których możesz nie wiedzieć, że są adaptacjami komiksów

Albatros
Następny

Uczucie silniejsze od strachu - Świetny thriller, ale... [recenzja]

Juliusz Wojciechowicz

Juliusz Wojciechowicz

Rocznik ‘77, mieszkaniec Lublina. Prozaik, krótkoformista twórczo skupiony na literackiej grozie, grotesce oraz literaturze fantastyczno-obyczajowej. W 2015 roku jego opowiadanie Ostatni prezent otrzymało nominację do Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Publikował w antologiach: Człowiekiem jestem (Morpho, 2013), Toystories (Morpho, 2014), Księga wampirów (Studio Truso, 2014), Horror na Roztoczu 2: Insomnia (Alter Manes, 2015). Pomysłodawca i współautor książek Pokłosie (Gmork, 2015), Hardboiled (Gmork, 2015), w przygotowaniu: Bez znieczulenia (Gmork, 2016).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz